






|
Ciemna
strona efektu cieplarnianego
|
Wstęp
Emisja CO2
pochodząca z gospodarki jest powodem
katastrofalnych zmian klimatycznych.
Społeczność międzynarodowa postanowiła
ograniczyć emisję tego gazu. Na konferencji
w Kioto uzgodniono, że gospodarka światowa
będzie zmierzać do ustabilizowania emisji
CO2 na poziomie z lat 1990-tych.
Od tego czasu każdy inwestor musi
odpowiedzieć sobie na pytanie o relację
swoich planów rozwoju z polityką
ograniczenia emisji CO2.
Przedsiębiorcy posiadający instalacje
emitujące CO2 muszą podjąć
temat minimalizacji emisji. Nawet posiadacze
samochodów widzą "efekt
cieplarniany" w rosnących cenach paliw,
gdyż politycy szczodrze obciążają je
akcyzami.
Nie ma takiego skrawka ekonomii, by nie
można tam zobaczyć konsekwencji polityki
minimalizacji emisji CO2.
Tak w skrócie przedstawia się zespół
problemów gospodarczych najczęściej zwany
"efektem cieplarnianym". |
W ramach zwalczania
"efektu cieplarnianego" ONZ powołała
międzynarodową komisję do spraw zmian klimatycznych
IPCC (Intergovernmental Panel on Climate Change).
Zadaniem tej komisji jest koordynacja badań naukowych
nad przyczynami i skutkami pojawienia się niekorzystnych
zmian klimatycznych w XX wieku. Docelowym zadaniem
komisji ma być wskazanie skutecznej strategii
dostosowania gospodarki światowej do zmian
klimatycznych, jak też możliwości ograniczenia tych
zmian. Trzeci raport w sprawie "efektu
cieplarnianego" ukazał się w 2001 roku, po dziesięciu
latach wytężonych wysiłków tysięcy naukowców z
całego świata. Końcowe wnioski podsumowania, skierowanego do polityków decydujących o
przyszłości świata, zawarte są w kilku ważnych
konkluzjach:
1. Ocieplenie klimatu
jest stwierdzone jako efekt wynikający z
antropogenicznej emisji gazów cieplarnianych.
2. Niezależnie od
sposobu realizacji światowej polityki gospodarczej
temperatura powierzchni Ziemi będzie rosnąć przez
setki lat.
3. Osłabienie
niekorzystnych dla gospodarki zmian klimatycznych
wymaga ograniczenia emisji gazów cieplarnianych
znacznie radykalniejszej niż planowana w ramach
porozumień z Kioto.
4. Obok działań na
rzecz ograniczenia emisji gazów cieplarnianych
należy podjąć kroki w celu dostosowania gospodarki
światowej do przewidywanych zmian klimatu.
Zapowiedź katastrofy
klimatycznej poparta jest kilku tysiącami stron
podsumowań analiz klimatologów z wszystkich liczących
się ośrodków badawczych. Dokumentacja prac badawczych
obejmuje miliony stron opracowań naukowych i dziesiątki
modeli komputerowych, które opisują stan atmosfery oraz
czynniki klimatyczne wpływające na biosferę ziemską.
Nie można dziwić się politykom, że uznali naukowe
dyrektywy dla kreacji nowej polityki gospodarczej za
dobrze udokumentowane. Jednak przyrodnikom brakuje w tej
dokumentacji wystarczająco jasnego zobrazowania udziału
oceanu światowego w równowadze energetycznej
powierzchni Ziemi i atmosfery. Od dawna ekolodzy
wysuwają żądanie precyzyjnego opisu uczestnictwa
biosfery ziemskiej w procesach emisji i wiązania CO2
i metanu. Nadal można wskazać wiele niedoskonałości
opisu aktualnego stanu klimatu, jak też niepewność
projekcji zmian do mniej i bardziej odległej
przyszłości. Nie oznacza to jednak, że polityka
ograniczania emisji gazów cieplarnianych jest obiektem
poważnej krytyki w środowisku naukowym. Przezorność
nakazuje zminimalizować presję gospodarki na
środowisko, nawet jeśli dokumentacja uzasadniająca tę
dyrektywę może w przyszłości okazać się niepełną.
Zielona Gospodarka jest od
początku zaangażowana w budowę systemu ochrony klimatu
na Ziemi. Dziesiątki specjalności zawodowych i
aktywności gospodarczych zawdzięcza swoje zaistnienie w
ekonomice globalnej tylko idei "zbawienia naszego
świata" przy pomocy ekoenergetyki. Wymienić trzeba
najważniejsze spośród ekotechnologii, które mają
zawrócić nas z drogi do katastrofy klimatycznej.
1. Biopaliwa
- obsiano miliony hektarów upraw energetycznych w
celu zastąpienia paliw kopalnych. Energia słoneczna
jest przetwarzana na biomasę, która asymiluje CO2
z atmosfery. Następne spalenie biomasy (w celu
pozyskania energii) uwalnia CO2, ale ten
będzie znów zużyty w kolejnym cyklu uprawy
energetycznej.
2. Energia
słoneczna - powstały już farmy słoneczne
zdolne do komercyjnego wytwarzania energii cieplnej
lub elektrycznej dzięki bezpośredniej przemianie
promieniowania w najrozmaitszych specjalnie
zbudowanych urządzeniach.
3. Energia
wiatru i fal morskich - jedna z najszybciej
rosnących gałęzi energetyki odnawialnej, która
wprost wykorzystuje zjawiska klimatyczne w celu
wytwarzania energii elektrycznej.
4. Elektrownie
wodne - najstarsza forma energetyki, której
renesans zawdzięczamy polityce ograniczania emisji.
5. Energia
jądrowa - całkowicie wolna od emisji CO2,
jedyna z tradycyjnych branż energetyki, która nie
będzie ograniczana w związku z "efektem
cieplarnianym"
Energetyka alternatywna
wobec spalania paliw kopalnych jest już ważnym
uczestnikiem rynku energii. Zatrudnia miliony osób,
wśród których jest kadra inżynierska z najwyższej
półki. Włącza do rynku pracy również znaczną
grupę pracowników o niskich kwalifikacjach. Otoczona
atmosferą posłannictwa, umocowana na bazie odkryć
ekologii, wspierana niepoliczalnymi fundacjami
rządowymi, dobroczynnymi i komercyjnymi, ekoenergetyka
staje się elementem kulturowym ery postindustrialnej. Na
tle solidarnej akcji wszystkich państw
uprzemysłowionych odstają dwa wyjątki. USA nie
ratyfikowały protokołu o ograniczeniu emisji CO2,
pomimo że energetyka odnawialna odniosła tam
największy sukces rynkowy. Polska tymczasem nie robi nic
w celu ograniczenia emisji poprzez zwiększenie udziału
energetyki alternatywnej do spalania węgla. Pomimo, że
protokół z Kioto ratyfikowała, a następnie weszła do
Unii Europejskiej, która dyktuje najszybsze tempo
redukcji emisji.
Izolacja od tendencji w
światowej energetyce ma w Polsce wymiar socjalny.
Tradycja węglowej energetyki wywiera wpływ na poglądy
polityków i środowisk naukowych wspierających
politykę państwa. Nie oznacza to jednak, że polska
Transformacja pozostała bez wpływu na ekomodernizację
gospodarki. W czasie 15 lat dostoswania polskiej
gospodarki do wymogów nakładanych przez akcesję do
Unii Europejskiej zdarzyło się tu wiele akcji władz
państwowych, zmierzających do obniżenia presji
gospodarki na środowisko:
- Szkodliwe dla
środowiska branże przemysłowe zmniejszyły
skalę produkcji o ponad 60%.
- Wynegocjowano
minimalne dopłaty dla rolnictwa, co zapewnia
eliminację presji polskich rolników na rynek
środków ochrony roślin.
- Rybołówstwo
oceaniczne zlikwidowano całkowicie, a bałtyckie
zmniejszono o połowę.
- Dwukrotnie poprawiły
się parametry energooszczędności przemysłu,
gospodarki komunalnej i budownictwa.
Dopełnieniem wszystkich
przemian może być udział środowisk naukowych w
pracach analitycznych IPCC, co już zapowiada pojawienie
się polskiego reprezentanta na tegorocznej 24
konferencji w Montrealu. Wprawdzie władze państwowe nie
wykazują większego zainteresowania dyskusją o
podstawach klimatycznej polityki światowej. Decyzje
wydawane pod egidą ONZ i Unii Europejskiej przyjmują jako
bezdyskusyjne. Jednak wśród polskich specjalistów
debata nie słabnie, gdyż opinie alternatywne do
powszechnie uznawanych za słuszne znajdują tu wielu
zwolenników.
Niezmiernie trudno jest
polemizować z pierwszą w historii ludzkości globalną
akcją na rzecz środowiska. Opinia, że akcja ta będzie
kosztować gospodarkę globalną tysiące miliardów
dolarów, nie wydaje się dość mocnym argumentem.
Zwolennicy "efektu cieplarnianego" są gotowi
ponieść największe ofiary (w imieniu społeczności
narodowych) w celu spełnienia misji "zbawienia
Ziemi". Tym chętniej, że znaczna część tych sum
przypuszczalnie trafi do ich własnych kieszeni. Ryzyko
związane z próbą podważenia aksjomatu (jakim już
jest antropogeniczny charakter zmian klimatycznych)
wstrzymuje dyskusję w środowisku przyrodników.
Widoczne wady logiczne dowodów na słuszność hipotezy
są przedstawiane przez nieliczne grupy ekologów
zawodowych, pochodzących z obu nacji opozycyjnych wobec
polityki światowej. Amerykanie mają dostęp do niedawno
ujawnionych oceanologicznych dokumentacji marynarki,
które już doprowadziły do rewolucyjnych zmian w
poglądach na ekosystem oceanu. Polacy natomiast uzyskali
status niezależnego obserwatora dzięki oddzieleniu od
procesu decyzyjnego. Wszelkie działania proekologiczne w
Polsce toczą się pod dyktando wymagań Unii
Europejskiej, więc polscy specjaliści mogą wyrażać
opinie nie skalane ukierunkowaniem komercyjnym.
Publikowany tu zbiór
esejów poświęconych efektowi cieplarnianemu powstał
jako kompilacja dziesiątków tekstów, mniej lub
bardziej kontrowersyjnych, niepublikowanych lub mało
dostrzeganych. Poniżej prezentujemy nieco wygładzone
wersje nadesłanych opinii:
Ekologia
o klimacie
Inżynieria
o klimacie
Ekotoksykologia
o klimacie
Kosmologia
o klimacie
Historia
o klimacie
Uwaga:
w tle zbioru esejów
popularnonaukowych proponujemy wiele opracowań
podumowujących stan wiedzy o sprawach ważnych dla
tematu. Dotychczas dołączyły do naszej "ciemnej
strony" następujące krótkie opracowania:
IPCC o klimacie
Ekotoksykologia
Ekologia o klimacie
Pojawienie się
sprawy "efektu cieplarnianego"
zapoczątkowało dyskusję o zasięgu
oddziaływania gospodarki ludzkiej na biosferę
ziemską. Najpierw uzgodniono, że zwiększona
zawartość CO2 w dolnych warstwach
atmosfery jest odpowiedzialna za wzrost średniej
temperatury na Ziemi. Z kolei wzrost stężenia
CO2 przypisano antropogenicznej emisji
związanej ze spalaniem paliw kopalnych. Wreszcie
powstała rezolucja o zapobieganiu ociepleniu
klimatu. Wybór padł na najbardziej oczywisty
kierunek działań, tj. ograniczenie zużycia
paliw kopalnych. Uzgodniony w Kioto zakres tego
ograniczenia pozwoli, być może, na zmniejszenie
wzrostu temperatur ale go nie powstrzyma.
Wszystkie symulacje rozwoju sytuacji klimatycznej
prowadzą do wniosku, że ocieplenie będzie
narastało pomimo ograniczeń "polityki z
Kioto". Gdyby planować powrót do stanu
sprzed ery przemysłowej, tj. do emisji CO2
z 1860 roku, należałoby w 2050 roku zmniejszyć
emisję CO2 do poziomu 20% emisji z
roku 1990. W rezultacie ekologia człowieka,
którego "naturalnym" środowiskiem
jest już technosfera usług i dóbr
przemysłowych, znalazłaby się w nowym zwrotnym
punkcie rozwoju. Już teraz ograniczenia
wytwórczości przemysłowej wygenerowały
dziesiątki milionów bezrobotnych. Gdyby
rozciągnąć ograniczenia energetyczne na
rodzące się potęgi przemysłowe, tj. Indie i
Chiny, zapewne trzeba spodziewać się
radykalnych zmian w doborze narzędzi polityki
międzynarodowej.
Zamieszanie w
gospodarce zakończone pełnym niepowodzeniem w
przyszłości jest zasługą zwolenników
"ochrony środowiska za wszelką
cenę". Trudno oprzeć się wrażeniu, że
kreacja mitu "efektu cieplarnianego"
jest odpowiedzią na zamówienie jednego lobby
energetycznego. Ostatecznym beneficjentem akcji
ograniczania emisji CO2 będzie
zapewne energetyka nuklearna. Grupa dość
potężna by skutecznie zniechęcić środowiska
naukowe od rzetelnych analiz i obiektywnej oceny
sytuacji. Wpływ zmian klimatycznych na stan
ekosystemu ziemskiego i konsekwencje dla
przyszłych pokoleń powinny być dziedziną
badań zawodowych ekologów. Zastosowanie
narzędzi naukowych dla realistycznego opisu
sytuacji, a następnie dla zaprojektowania
powszechnie zrozumiałego planu stabilizacji
środowiska, mogłoby przynieść bardziej
konkretne wyniki. Ekologia człowieka powinna
powstać jako naukowe wytłumaczenie zjawisk
przyrodniczych oddziałujących na ludzkość,
rozumianą jak dominujący gatunek biologiczny,
biorący udział w kształtowaniu biosfery
ziemskiej. Tym różni się od klasycznej
ekologii, że w odniesieniu do naszego gatunku
musi opisać spontaniczne zachowania ludzkości,
przejawiające się użyciem technologii zdolnej
do wyniszczenia życia na skalę globalną.
Wielu nie widzi
potrzeby tworzenia nowej dyscypliny nauk dla
opisu stanu biosfery ziemskiej i relacji z nią
ludzkości. Istotnie, wszystkie narzędzia
analizy naukowej są już w pełni rozwinięte i
wystarczające by doprowadzić do jednoznacznych
wniosków. Wiadomo jednak, że nawet niezbyt
złożone ekosystemy stwarzają ogromne
trudności podczas kontroli prognoz
oddziaływania stresorów na stan ważniejszych
populacji. Warto też przypomnieć kilka
dogmatów klasycznej ekologii, które upadły na
naszych oczach. Najważniejszym było
założenie, że niesłychanie pojemny ekosystem
oceanu jest zdolny do autonomicznego odtworzenia
swoich zasobów. Właśnie oczekujemy na
odtworzenie się populacji ssaków morskich po
dziesięcioleciach funkcjonowania zakazu
odławiania wielorybów. Okazało się, że stada
wyniszczone całkowicie nie odtworzyły się
wcale, a te wyeksploatowane w 90%-tach nadal są
zagrożone zupełnym wyginięciem (po 40 latach
całkowitej ochrony). Niemniej ważne dla
modelowania ekosystemu oceanu było założenie,
że produkcja pierwotna biomasy w oceanie jest
wartością stałą, zależną jedynie od
fizykochemicznych warunków wód. Przy tym
założeniu całkiem chybione okazały się
wysiłki oceanologów, zmierzające do
przewidywania zakwitów toksycznych glonów.
Podobne porażki notują twórcy modeli
matematycznych, przeznaczonych do prognozowania
liczności populacji ryb pelagicznych.
Realistyczny opis
ekosystemu wymaga posłużenia się wynikami nauk
podstawowych. Modele matematyczne stosowane
obecnie usiane są setkami założeń, które
wcale nie wynikają z ograniczeń numerycznych.
Zwykle używane są superkomputery o
gigantycznych zdolnościach przetwarzania danych.
Większość danych wprowadzanych arbitralnie
wynika z oszacowań, które nie byłyby potrzebne
gdyby operator programu mógł zdobyć dane z
"realu". Wirtualne informacje o stanie
ekosystemu często powodują niestabilność
modelu, więc prognozy również pochodzą z
arbitralnego wyboru wśród często tysięcy
równocennych zbiorów informacji wynikowych.
Wnioski z symulacji komputerowych jeszcze nie
zdobyły sobie statusu realistycznych prognoz, a
najczęściej odbiegają znacznie od wyników
obserwacji "realu". Z tego powodu
ekolodzy rzadko powołują się na wyniki
symulacji. Jeśli już się zdarzy, to krytycy
stanowiska ekologów nazywają je
"wirtualnym".
Przyjmując fakt,
że wpływ stanu biosfery na klimat nie będzie
możliwy do określenia bez realistycznego opisu
interakcji atmosfery i oceanu, ekologia oczekuje
informacji od oceanologii. Tymczasem dziedzina
zainteresowań oceanologów nawet nie pokrywa
się z polem zainteresowań ekologii. Żeby prace
posuwały się w sensownym tempie oceanolog musi
realizować zadania stawiane przez marynarkę i
rybołówstwo. Tylko te dwie branże wykazują
komercyjne zainteresowanie wynikami prac
oceanologów. Projekty organizacji ekologicznych
jeszcze nie zdołały sie zmaterializować w
postaci funduszu potrzebnego na utrzymanie
statków badawczych. Trudno wyobrazić sobie
badania mórz bez dostępu do statków
badawczych. Wielu potencjalnych odbiorców
wyników takich badań wyraża więc opinię, że
oceanologia nie dorosła jeszcze do statusu nauki
podstawowej. Z pewnością oceanolog ogłaszając
wyniki badań musi realizować linię polityki
informacynej wytyczoną przez zleceniodawców.
Gdyby ogłosił odkrycia niekorzystnie
wpływające na ich interesy, to w kolejny rejs
wyruszyłby kajakiem. Pesymiści twierdzą
ponadto, że w miarę kończenia się
zainteresowań komercyjnych (z powodu końca
zimnej wojny i upadku rybołówstwa) również
zadania oceanologii zostaną ograniczone.
Komercyjne
zastosowania osiągnięć nauk przyrodniczych
powinny być rozszerzone dzięki nowemu
podejściu do zadań gospodarki globalnej.
Instynkt przedłużenia gatunku od tysięcy lat
kształtuje zachowania społeczności ludzkiej. W
czasie globalizacji jest siłą napędową
ekonomiki. Niestety jeszcze w nas pokutują
tradycje praludzkie, które nakazują
eksploatację zasobów ekosystemu w formie walki
o przetrwanie. Wspólnym wysiłkiem
współczesnych myśliwych zostały wytrzebione
wszystkie gatunki dzikich zwierząt, które
przedstawiały jakiekolwiek wartości rynkowe.
Poczynając od żubra w Europie i bizona w
Ameryce, na wielkich ssakach morskich kończąc,
człowiek dokonuje masowych wykluczeń gatunków
o dużym znaczeniu dla równowagi biosfery
ziemskiej. Zwolennicy humanizacji biosfery
proponują zamknięcie ostatnich przedstawicieli
likwidowanych gaunków w rezerwatach lub ogrodach
zoologicznych. Na wypadek, gdyby ludzkości
spodobałoby się zobaczyć wieloryba, można
już teraz pobrać materiał genetyczny i
schować w banku genów. Mamy już dziesiątki
tysięcy takich pamiątek po eksterminacji
"nieprzydatnych" dzikich stworzeń. Nie
mamy jedynie żadnej przesłanki, by oczekiwać
powodzenia rekonstrukcji biosfery w
przyszłości.
Po raz pierwszy
ekologia zajęła się globalnym oddziaływaniem
gospodarki człowieka w ramach oceny niektórych
propozycji zatrzymywania CO2 w wodach
oceanu. Geoinżynieria jest kolejnym
spontanicznym dziełem cywilizacji ludzkiej,
które ma poprawić jej samoocenę.
Charakterystyczne, że znów projektuje się
działania na wielką skalę zanim nauka
zdołała zgromadzić elementarne informacje o
potencjalnych skutkach tych poczynań. Ekologia
nie ma dobrych doświadczeń z geoinżynierią.
Wystarczy wspomnieć katastrofy ekologiczne
spowodowane "zawracaniem rzek" w
Związku Radzieckim. Znacznie więcej jest
przykładów geoinżynierii przypadkowej,
których ocena nie jest oczekiwana przez nikogo,
a zwłaszcza przez "inżynierów mimo
woli". Inaczej jest z projektami absorpcji
CO2 w oceanie. Ponadnarodowe
korporacje energetyczne skierowały tak znaczne
środki na te projekty, że ekologia zdołała
uzyskać finansowanie niektórych zadań.
Niezwykle szybki
rozwój notuje ten dział oceanologii, który
zajmuje się biologią równin dna oceanicznego.
Jednym z najważniejszych odkryć było
stwierdzenie ogromnego bogactwa gatunków
zwierząt tam żyjących. Wprawdzie pierwotnym
zadaniem nauki miała być odpowiedź na pytanie
o trwałość depozytów CO2
ulokowanych w dennych warstwach wód
oceanicznych, jednak odkrycie bogactwa życia w
warunkach praktycznie beztlenowych może mieć
dużo większe znaczenie. Przypuszczalnie
przyniesie rozwiązanie zagadki znaczenia
wielkich ssaków morskich dla produktywności
wód oceanicznych. Może też wyjaśnić
tajemnicę gwałtownych zaburzeń równowagi
ekosystemu po wyeliminowaniu wielorybów z
morskiego łańcucha żywieniowego. Uzyskano
dokumentację ścisłego związku między
liczebnością populacji wielorybów a
zdolnością gatunków padlinożernych do
reprodukcji i rozprzestrzeniania się na dnie
oceanu. Kolejna zależność o wielkim znaczeniu
dla rozwoju fitoplanktonu na powierzchni oceanu
dotyczy zwyczajów żywieniowych wielu gatunków
największych wielorybów. Ich skłonność do
głębokiego nurkowania na wodach otwartego
oceanu jest znana od lat. Teraz wiadomo, że
poszukują na dnie szczególnego rodzaju pokarmu,
który występuje tam w ogromnej obfitości.
W czasie kilku
ostatnich lat wielomilionowe nakłady
energetyków na głębokowodne misje aparatów
badawczych spowodowały rewolucję w spojrzeniu
na ekosystemy oceaniczne. Wcześniejsze
założenie o pełnej izolacji wód
powierzchniowych od warstw poniżej termokliny
okazało się fałszywym. Wielkie ryby i ssaki
morskie są biologicznym łącznikiem, który
uzupełnia skład biogenów wód
powierzchniowych. Pobierając pokarm poniżej
termokliny, gdzie zawiera on znacznie więcej
żelaza i innych mikroelementów, wyprowadzają
te rzadkie pierwiastki do wód powierzchniowych.
Dzięki temu fitoplankton uzyskuje składniki
potrzebne do fotosyntezy. Produkcja pierwotna
jest skomunikowana z procesami uwalniania
biogenów na dnie oceanu. Wielorybi pas
transmisyjny działa na całym obszarze
występowania wielkich ryb i ssaków morskich.
"Pompa planktonowa" wtłacza CO2
na dno oceanu w tempie uzależnionym od
liczebności populacji zwierząt z najwyższego
piętra łańcucha pokarmowego. Być może
jesteśmy świadkami odkrycia biologicznego
"pertuum mobile", które bezpośrednio
wpływa na zawartość CO2 w
atmosferze. Warto ocenić skalę tego
oddziaływania w czasach kiedy ludzkość jeszcze
nie zdołała całkiem wyłączyć tego pasa
transmisyjnego.
Rybołówstwo
włączyło się do programu oszacowania
globalnych zasobów biomasy, biorącej udział w
transferze CO2 na dno oceaniczne.
Zwolennicy "naukowych polowań" na
wieloryby postawili kwestię żarłoczności tych
stworzeń. Obliczyli, że obecnie żyjąca
populacja wielkich ssaków morskich spożywa
rocznie 500 mln ton biomasy, z której to liczby
co najmniej 200 mln ton stanowi zubożenie
zasobów rybackich. Oczywiście wyprowadzają
stąd wniosek, że zmniejszenie o połowę
populacji tych drapieżników pozwoli
wyciągnąć na brzeg dwa razy większą biomasę
niż to się dzieje obecnie. Gdyby pominąć
skrajnie mechanistyczny sposób rozumowania
twórców oszacowania, z drugiej strony można
wyliczyć uzysk biogenów wynikający z
powyższych kalkulacji. Z najgrubszego
oszacowania wynika, że wieloryby, foki i delfiny
wzbogacają powierzchniowe warstwy oceanu o co
najmniej 100 mln ton biogenów rocznie. W czasach
sprzed przemysłowej eksploatacji stad
wielorybów wytwarzały one zapewne nie mniej
niż 2 mld ton biogenów rocznie. Jest to ilość
wielokrotnie przewyższająca kalkulacje
projektantów systemów chemicznego nawożenia
oceanu. Zamiast planować wielomiliardowe
nakłady na produkcję i rozprowadzanie milionów
ton rocznie nawozów sztucznych wystarczy, być
może, zostawić w spokoju ssaki morskie.
Udział emisji CO2
pochodzenia antropogenicznego w ogólnym bilansie
wymiany pomiędzy atmosferą i oceanem jest
marginalny. Ocenia się, że w czasie roku 2 mld
ton antropogenicznego CO2 już teraz
absorbują wody oceanu ponad masę 100 mld ton
rocznie, która normalnie jest pochłaniana od
tysięcy lat. Strumienie CO2
absorbowany i uwalniany z oceanu są więc nadal
prawie zrównoważone. Można spodziewać się,
że istotny wpływ na przesunięcie równowagi
spowoduje nawet niewielka zmiana liczebności
populacji dużych zwierząt morskich, zdolnych do
zawracania biogenów w obszarach oceanu o
ograniczonej absorpcji. Wpływ taki będzie
możliwy do oszacowania kiedy oceanologia
zgromadzi dane o rozmieszczeniu i skali produkcji
biogenów pochodzących z głębokich wód
oceanu. Ponieważ teraz dane te nie są znane
nawet w największym przybliżeniu, trzeba
posłużyć się oceną historycznych zmian w
populacji wielkich ssaków morskich. Tu również
trudno o bezpośrednie informacje. Pośrednio
można dokonać oceny narastania nadprodukcji CO2
w atmosferze jako wyniku eliminacji potencjału
produkcji biogenów. Kiedy zbadamy korelację
tempa eksploatacji stad wielkich wielorybów ze
wzrostem zawartości CO2 w atmosferze,
okaże się że związek tych zmiennych jest
wręcz oczywisty.
Historia nauki zna
wiele przykładów doszukiwania się związków
przyczynowo-skutkowych w najdziwniejszych
zestawieniach ciągów parametrów opisujących
zjawiska przyrodnicze. Mitologia "efektu
cieplarnianego" może być najwyraźniejszym
przykładem. Mocno wątpliwe wydaje się być
wyciąganie wniosku, że antropogeniczna emisja
CO2 odpowiada za ocieplenie się
klimatu planetarnego. Pomysł ten umocowano tylko
na podstawie odkrycia korelacji zużycia paliw
kopalnych, zawartości CO2 w powietrzu
z temperaturą dolnych warstw atmosfery.
Przyczyna pojawienia się tych trendów może
leżeć znacznie głębiej. Stwierdzenie tak samo
ścisłej korelacji zawartości CO2 z
utratą zdolności do pierwotnej produkcji
biomasy w oceanie będzie zapewne inspiracją do
wnikliwej analizy w przyszłości. W kolejnym
kroku dopiero można planować działania na
rzecz odbudowania "wielorybiego pasa
transmisyjnego". Wbrew oczekiwaniom jednak
nie wystarczy pozostawić w spokoju te stada,
które jeszcze nie zostały wyniszczone. Już
wiadomo o ogromnym wpływie ekotosyn
antropogenicznych na stan zdrowia obecnie
żyjących ssaków morskich. Próbki tkanek
pobranych od wielu waleni "upolowanych
naukowo" i "wyrzuconych na brzeg"
wykazują wielokrotne przekroczenie
niebezpiecznych dla zdrowia stężeń rtęci, PCB
i radionuklidów.
Ekologia
człowieka postawiła już wiele pytań bez
odpowiedzi. Dała też jedną odpowiedź na
pytanie o sposoby zapobieżenia "efektowi
cieplarnianemu":
trzeba zacząć badać sprawę systematycznie i
bez uprzedzeń.
Jeśli nawet nikomu nie podoba się oskarżenie
rybaków, że ich niepohamowane skłonności
myśliwskie sprowadziły zagrożenie utraty
równowagi całej biosfery, nie wolno zaniechać
analizy tej hipotezy. Rybołówstwo przemysłowe
już wyraźnie traci oddech, a na brzeg wyciąga
coraz dziwniejsze stworzenia morskie. Ludzie
dawno pożegnali się z niemal darmową rybą
oceaniczną. Akwakultura zaczyna być formą
rolnictwa morskiego. Rozumna uprawa morza jest
naturalnym następstwem kulturowym, podobnie jak
rolnictwo lądowe zastąpiło myśliwstwo przed
10 tysiącami lat. Posłużenie się naukowym
aparatem ekologii człowieka mogłoby zapobiec
wykształceniu się polityki globalnej, która
nie zapewnia ochrony przed zagrożeniem
największym w historii ludzkości. Gdyby po
latach doszło do potwierdzenia ekologicznej
teorii ocieplenia, zapewne nikt nie zdoła
odtworzyć "z probówki" ssaków
morskich, których jednodniowe
"niemowle" waży 1000 kg i spożywa 500
l mleka dziennie. Tym szybciej trzeba się
zająć związkami "ocieplenia
globalnego" z wyniszczeniem zasobów
rybackich im poważniej traktujemy hipotezę, że
upadek bioróżnorodności oceanu może
zakończyć historię tej cywilizacji którą
znamy.

|
Inżynieria o klimacie
Od chwili
ujawnienia rosnącego trendu średniej
temperatury globalnej oraz jego związku z
zawartością CO2 w atmosferze
ziemskiej powstało zapotrzebowanie na projekty
techniczne ograniczenia obu tych tendencji.
Wiodącą rolę przyjęli energetycy, których
dotyczy największe ryzyko związane z
proponownym przez ekologów programem
minimalizacji zużycia energii. Żeby uratować
rynek energii, proponują zwiększenie udziału
energetyki odnawialnej w rynku oraz rozbudowę
potencjału energetyki jądrowej. Każda z tych
opcji zmniejsza presję na bilans CO2
w atmosferze, a równocześnie otwiera nowe
perspektywy przed rozwojem technologicznym.
Niestety pomysły energetyków prawie zawsze
spotykają się z silnym oporem ze strony lobby
ekologicznego. Niemal każda nowa technologia
wytwarzania energii znajduje swoich
przeciwników, a energetyka jądrowa ma
szczególne miejsce w akcjach protestacyjnych,
propagandowych i wszelkich działaniach
antynuklearnych.
Inżynieria
środowiska jest zaangażowana w rozlicznych
projektach alternatywnych, dotyczących
utrzymania poziomu emisji gazów cieplarnianych
lub też obniżenia temperatury atmosfery.
Zwiększenie zdolności atmosfery do odbicia
promieniowania słonecznego, poprawa warunków
absorpcji CO2 w środowisku wodnym i
lądowym, techniki trwałego lokowania nadwyżki
CO2 w depozytach o charakterze
składowisk bezterminowych, to główne kierunki
proponowane przez inżynierię środowiska.
Oprócz wielu wartościowych są też propozycje
mniej lub bardziej zwariowane. Postaramy się
wymienić te, które doczekały się poważnej
analizy i posiadają jakiś potencjał rynkowy.
Nie wolno zapominać o tendencji rozmaitych
lobbystów do "zbawiania Ziemi" za
wszelką cenę. Dlatego wyżej trzeba cenić
projekty, których autorzy zadbali o ocenę ich
efektywności ekonomicznej.
Regulacja
pogody
Od dawna, i to na
skalę komercyjną, stosowane są różne
techniki wywoływania opadów. Działanie polega
na zidentyfikowaniu obszaru atmosfery, gdzie
wilgotność przekracza parametry stanu
nasycenia. Następnie wprowadzane są tam
niewielkie ilości substancji o charakerze
zarodków krystalizacji wody, np. suchy lód lub
jodek srebra. Prowadzone są też eksperymenty z
emitorami mikrofal. Silne burze można
zneutralizować przy użyciu wysokoenergetycznych
laserów jonizujących, których działanie
powoduje inicjację kontrolowanych błyskawic.
Każdy z tych czynników destabilizujących
powoduje nagłe i masowe wytworzenie kropel wody
i opadnięcie wilgoci z chmur na ziemię. Użycie
na wielką skalę techniki oddziaływania na
pogodę mogłoby spowodować obniżenie
temperatury gruntu, a zatem również średniej
temperatury atmosfery.
Odbicie
promieniowania
Pyły, dymy i
aerozol kwasu siarkowego od dawna unoszą się w
troposferze ponad uprzemysłowioną Północą.
Powoduje to odbicie promieniowania słonecznego i
obniżenie średnich temperatur rocznych.
Znacznie silniej oddziałują chmury pyłów
wyrzucane do troposfery podczas silnych erupcji
wulkanicznych. Utrzymują się dłużej, gdyż
mniej są wymywane przez deszcze. Efekty tych
zjawisk są jednak mało dostrzegane, gdyż
emisji aerozoli i pyłu towarzyszy emisja gazów
cieplarnianych, wystarczająco duża, by
zneutralizować efekt odbicia promieniowania
słonecznego. Proponowane systemy przesłaniania
z użyciem aerozoli i pyłów stratosferycznych
są już dobrze zaprojektowane na bazie symulacji
komputerowych. Jeden z tych systemów nie wymaga
nawet stosowania nadzwyczajnych środków (np.
rakiet, pocisków artyleryjskich) w celu
rozpylenia substancji odbijającej
promieniowanie. Wystarczy zmodyfikować paliwo do
samolotów odrzutowych, żeby emisja z silników
dostarczyła mikrocząstki krystalicznego węgla
lub SiO2 do dolnych warstw
stratosfery. Oblicza się, że efekt w postaci
redukcji temperatury powierzchni Ziemi
równoważny usunięciu z atmosfery 1 T CO2
można osiągnąć za cenę w granicach
US$0,001-0,01.
Wodorosty
morskie
Ocean pochłania
ponad połowę nadwyżki CO2
emitowanej do atmosfery przez ludzi. Wodorosty
morskie mają w tym znaczący udział.
Proponowane są uprawy na otwartym oceanie w
strefach tropikalnych, gdzie występują
niedobory biogenów. Mają być wspomagane przy
użyciu nawozów wytwarzanych przez przemysł na
lądzie. Przy założeniu, że wodorosty będą
też stanowić surowiec energetyczny, koszt
związania 1 T CO2 ocenia się na
US$200.
Farmy
rybne
Wody przybrzeżne
zasilane są gigantycznymi ilościami ścieków
spływających rzekami. Powoduje to eutrofizację
znacznych regionów morza i zakwity alg.
Mechanizm ten można wykorzystać w celu uprawy
pożytecznych gatunków alg, które byłyby
źródłem pożywienia dla ryb hodowlanych.
Powodzenie projektów ma zagwarantować
stosowanie czystych nawozów produkowanych na
lądzie i pod ścisłą kontrolą stanu
czystości wód morskich. Najambitniejsze
programy hodowli morskich mają całkowicie
wchłonąć antropogeniczną nadwyżkę CO2,
a autorzy zapewniają uzysk 260 kg ryb z każdej
tony nawozów azotowych.
Nawożenie
oceanu
W okresach
ocieplenia globalnego rozszerzające się
pustynie wzmagają emisję lotnego pyłu
zawierającego żelazo. Obecnie opad takiego
pyłu pochodzącego z Sahary przyczynia się do
rozwoju fitoplanktonu w Oceanie Atlantyckim. W
dalszej odległości od brzegu Afryki wody oceanu
są niemniej żyzne, a biomasa asymilująca CO2
jest wielokrotnie uboższa. Niedostatek żelaza
będzie uzupełniany w ramach projektu
wspomagania absorpcji CO2 w wodach
oceanu. Nawożenie żelazem wystarczy żeby
wywołać zakwit diatomitów. Jeśli uzupełniany
będzie również ubytek krzemianów, można
oczekiwać rozwoju kokolitów. Obie te grupy
fitoplanktonu zużywają CO2 w
powierzchniowej warstwie oceanu, a ubytek ten
jest uzupełniany w procesie absorpcji CO2
z atmosfery. Przeprowadzone eksperymenty w skali
rzeczywistej wykazały, że nawożenie oceanu
powoduje skutek w postaci zakwitu fitoplanktonu.
Symulacje komputerowe pozwalają ocenić koszt
związania 1 T CO2 na poziomie US$5.
Laguny alg
Instalacje
energetyczne powinny przetwarzać CO2
ze spalin na użyteczne produkty uboczne. W
oparciu o zmodyfikowane genetycznie algi
projektuje się pochłanianie CO2 w
lagunach o powierzchni dziesiątków kilometrów
kwadratowych. Duża powierzchnia wynika z
konieczności zapewnienia odpowiednio dużego
strumienia energii promieniowania słonecznego.
Algi muszą być dostosowane do pochłaniania CO2
ze spalin o wysokiej temperaturze. Nadmiar
biomasy może być zużytkowany jako żywność,
pasza lub nawóz.
Topienie
dwutlenku
Dzięki
zainteresowaniu energetyków techniki topienia CO2
na dnie i pod dnem oceanu uzyskały priorytet w
projektach ograniczania "efektu
cieplarnianego". Siłą napędową są
opłaty za emisje z instalacji energetycznych.
Operatorzy większych instalacji planują
odzyskiwanie CO2 z gazów spalinowych,
sprężanie aż do skroplenia i przesyłanie
rurociągami na dno oceanu. Ponieważ ciężar
właściwy skroplonego CO2 jest
większy od ciężaru właściwego wody na dnie
mogą tworzyć się rozległe jeziora, które
będą ulegać zestaleniu w postaci klatratów.
System ten jest już wykorzystywany technicznie
do likwidacji CO2 pozyskiwanego z
instalacji do oczyszczania gazu ziemnego na Morzu
Norweskim. Podobne zasady można stosować do
zatłaczania gazowego CO2 w
głębokich odwiertach. Na morskich polach
naftowych i gazowych zatłaczanie CO2
jest elementem wspomagania wydobycia ropy i
poprawy efektywności eksploatacyjnej odwiertów.
Można oczekiwać, że CO2 wtłoczony
do roponośnych formacji geologicznych zostanie z
czasem wbudowany jako składnik mineralny.
Suchy lód
Zestalony CO2
można składować na powierzchni ziemi w formie
"kul śnieżnych" o średnicy 400 m.
Sublimacja gazu z takiej kuli jest na tyle
powolnym procesem, że uwolnienie się całości
gazu nastąpi po setkach lat. Proponowane miejsce
spoczynku takich depozytów to lądolód na
Antarktydzie. Również na dno oceanu można
zrzucać zasobniki z suchym lodem, które
zagłębione w pokładach osadów mogą tam z
czasem przekształcić się do klatratów jako
minerału o dużej trwałości pod wysokim
ciśnieniem.
Uprawianie
pustyń
Nawadnianie
obszarów pustynnych umożliwi rozwój tych
gatunków roślin, które przystosowały się do
dużego zasolenia gruntu. Inżynieria genetyczna
udostępnia już wiele tego rodzaju roślin
uprawnych. Oprócz wytworzenia użytecznej
biomasy pustynie zaczną emitować duże ilości
pary wodnej, która sformuje chmury odbijające
promieniowanie słoneczne. Warunki klimatyczne na
pustyni ustabilizują się na nowym poziomie
równowagi, który będzie cechował się
zdolnością do absorpcji CO2. Ocenia
się, że koszt usunięcia 1 T CO2 z
atmosfery nie przekroczy US$200.
Wymienione i
liczne nowe pomysły na zrównoważenie
atmosferycznego bilansu CO2 wydają
się gwarancją utrzymania kontroli nad
"efektem cieplarnianym". Niestety
żaden z tych pomysłów nie zyskał sobie
sympatii ekologów. Dwutlenek węgla ulokowany w
środowisku w dużej koncentracji jest bowiem
trucizną. Nawet podany w małych dawkach
oddziałuje na wszystkie procesy życiowe w
ekosystemie. Również abiotyczne składniki
środowiska wodnego nie są bezpieczne. Formacje
skalne mogą ulegać destabilizacji w kontakcie z
wodą zakwaszoną po absorpcji dużej dawki CO2.
Dbałość o zrównoważenie stanu środowiska
oceanicznego jest priorytetem dla ekologów
przywołanych do sporządzenia oceny
oddziaływania na środowisko każdej propozycji
technologicznej.
Już 20 lat
prowadzone są debaty o dopuszczalności
ingerencji w środowisko, która miałaby
przywrócić stan atmosfery sprzed ery
uprzemysłowienia. Zwolennicy radykalnych
działań przypominają, że obecnie obserwowany
stan środowiska w żadem sposób nie może być
chroniony jako stan naturalny. W czasie
ubiegłych 200 lat ludzkość doprowadziła
prawie każdy element biosfery ziemskiej do
katastrofalnej dewastacji. Ponadto blokowanie
prac nad przywróceniem jakiegoś elementu
biosfery do zrównoważenia jest postawą mało
racjonalną. Krytycy "radosnej
twórczości" technologów przypominają z
drugiej strony, że to właśnie beztroska,
ignorancja i oportunizm technokratów przywiodły
nas w to ponure miejsce historii biosfery
ziemskiej.
Inżynieria
środowiska pilnie czeka na autorytatywny głos
ekologów w sprawie która z propozycji naprawy
sytuacji klimatycznej powinna być rozwijana i
wdrożona jako przyjazna dla środowiska.
Niestety w odpowiedzi otrzymują lawinę
supozycji, insynuacji i drwin. Kiedy sami
próbują dojść prawdy o oddziaływaniu na
środowisko swoich propozycji okazuje się, że
baza informacyjna praktycznie nie istnieje.
Ekologia od lat próbuje zintegrować dokonania
wielu dziedzin nauk przyrodniczych opisujących
interakcję środowisk mineralnych i biosfery.
Próby te przyjmują postać coraz bardziej
złożonych analiz modelowych, których wynikiem
ma być jakiś schemat włączenia przemyślanych
działań inżynierskich do kreacji nowego stanu
równowagi. Tymczasem jednak nie dopracowano się
takiego modelu, który wytrzymałby konfrontację
swoich projekcji z faktycznymi zdarzeniami z
przeszłości. Widać wyraźnie, że droga do
obiektywnej oceny propozycji inżynierskich jest
jeszcze daleka i wymaga radykalnego wzmocnienia
pozycji ekologii w stosunku do nauk podstawowych.

|
Ekotoksykologia o
klimacie
Program
ograniczania "efektu cieplarnianego"
wchodzi już w fazę realizacji. Jednogłośnie
popierana przez ekologów akcja na rzecz
utrzymania komfortu bytowania cywilizacji
ludzkiej otrzymała wsparcie wszystkich mocarstw
światowych. Za wyjątkiem Stanów Zjednoczonych,
które przypuszczalnie wiedzą coś, co nikomu by
się nie spodobało. Niektórzy Europejczycy
również zachowują niewielką i mało
słyszalną skłonność do krytykowania
"Polityki z Kioto". Zarządcy
wszystkich większych instalacji emitujących
dwutlenek węgla w Europie zaczynają liczyć
koszty ograniczania emisji. Zatroskane
środowiska racjonalnych ekologów w Komisji
Europejskiej zaplanowały już system procedur
wsparcia ekonomicznego dla przedsiębiorców
poszkodowanych przez program. Handel emisjami ma
wspomagać zakłady zagrożone zamknięciem z
powodu niewystarczających limitów emisji
dwutlenku węgla. Tymczasem "myślący
inaczej" patrzą bez entuzjazmu na to
węglowe zamieszanie. Ich pamięć sięga bowiem
do czasów, gdy wiedza o elementarnych faktach z
historii Ziemi nie była jeszcze objawem
niepoprawności politycznej, demencji starczej
lub infantylizmu.
Krytycy
"Polityki z Kioto" dowiedzieli się
kiedyś w szkołach, że:
1. cała
ilość tlenu w atmosferze pochodzi z
biologicznych źródeł,
2. złoża węgla, ropy i gazu to spadek po
bytowaniu przed milionami lat niepoliczalnych
miliardów ton organizmów żywych,
3. cały węgiel nieorganiczny zawarty w
skałach osadowych jest spadkiem po
mikroorganizmach morskich, które związały
nadwyżkę atmosferycznego dwutlenku węgla w
skale,
4. niemal cały węgiel organiczny na Ziemi
zawarty jest w biomasie bytującej w oceanie
lub spoczywającej na jego dnie.
5. aktywność wulkaniczna jest największym
emitorem gazów cieplarnianych, przy którym
największe wysiłki ludzkości są mało
znaczące.
Z tych szkolnych
wiadomości można łatwo wywodzić, że na
niekorzystny bilans węgla w biosferze ziemskiej
wpływa zarówno emisja z paliw kopalnych, jak
obniżenie tempa pobierania tego pierwiastka
przez osłabiony ekosystem światowego oceanu.
Wynika stąd dość oczywisty wniosek, że
znacznie skuteczniej można zmniejszyć
zawartość gazów cieplarnianych w atmosferze
przez wspomaganie ich asymilacji przez ekosystem
oceanu. Wiedza o narastającej emisji gazów
cieplarnianych mogłaby zostać spożytkowana w
postaci zalecenia, by chronić zdolność
transformacji nadwyżki dwutlenku węgla do
postaci węglanu wapnia za pośrednictwem biomasy
oceanów. Tymczasem wiadomo, że w dwudziestym
wieku ludzkość zdołała zapaskudzić ekosystem
morski niepoliczalnymi milionami ton
syntetycznych trucizn i odpadów radioaktywnych.
Każda z tych trucizn potrafi zniszczyć życie
biologiczne w tempie zupełnie nieznanym. Z
pewnością zaś można ocenić obecność
antropogenicznych trucizn w oceanie jako
ograniczenie asymilacji gazów cieplarnianych.
Minimalne
zachwianie równowagi w tak ogromnym ekosystemie
przypuszczalnie wystarczy by wywołać efekt,
zwany teraz ociepleniem klimatu. W przyszłości
natomiast będzie ten efekt zwany zapewne
katastrofalnym zlodowaceniem, którego termin
zamknięcia "myślący inaczej"
szacują na okres stu najbliższych lat.
Lądolód powstały po zatrzymaniu prądów
strumieniowych w oceanie zetrze na proch wszystko
wzniesione od czasów budowy piramid. Lawina
przerażających zdarzeń klimatycznych już
teraz powinna skłaniać do poważnego zajęcia
się strategią wspomagania asymilacji gazów
cieplarnianych w oceanie. Tymczasem ten aspekt
sprawy jest obecny głównie w środowisku
ekspertów od "topienia dwutlenku".
Pragną oni wtłoczyć skroplony dwutlenek węgla
w denne warstwy wód oceanu z nadzieją, że tam
pozostanie. Na szczęście dla mieszkańców
równin dna oceanu i dla ekonomiki energetyki
ludzkiej szalone pomysły "topicieli"
są zbyt kosztowne. Niemniej niedorzeczne wizje
mają fachowcy od zakopywania odpadów.
Spostrzegli, że zasypanie ziemią odpadów
organicznych może spowodować ich
przekształcenie w pozornie mineralną masę o
składzie zbliżonym do węgla brunatnego.
Krytycy pomysłu "zakopywaczy"
podnoszą jednak, że proces mineralizacji w
pierwszym okresie zdąży uwolnić ogromne
ilości trucizn i gazów znacznie silniej od
dwutlenku węgla zanieczyszczających wody i
powietrze.
Skuteczne
działanie na rzecz poprawy bilansu dwutlenku
węgla na Ziemi będzie tym trudniejsze, im mniej
wiemy o przyczynach jego zachwiania. Ekotoksykologia środowiska morskiego jest
wiedzą niewątpliwie najbardziej tajemną.
Odkrycia na tym polu są na wyciągnięcie ręki
- prawie nic jeszcze nie powiedziano "na
pewno". Dobrze, że metodyka postępowania
badawczego w ocenach oddziaływania na
środowisko została już wszechstronnie
uzgodniona. Bilans otwarcia dla przeciwdziałania
degradacji środowiska jest już narzędziem
rutynowym. Żeby ocenić przyczyny degradacji
ekosystemu warto zacząć od sporządzenia spisu
grzechów ludzkości przeciw życiu w oceanie.
Najlepiej opisane są: przełowienie,
eutrofizacja i zaśmiecenie. W latach
osiemdziesiątych podjęto nawet inwentaryzację
zrzutów trwałych zanieczyszczeń organicznych z
przemysłu i rolnictwa. Mało natomiast wiadomo o
skali skażenia truciznami pochodzenia
militarnego oraz o zanieczyszczeniach
promieniotwórczych.
Toksykolodzy od
niedawna wiedzą, że materiały
promieniotwórcze i niektóre trwałe
zanieczyszczenia organiczne powodują rakowacenie
wszystkich form życia. Mutacje genetyczne
powstają po zetknięciu się organizmu żywego z
najmniejszą ilością trucizn wytworzonych w
programach wojskowych. Nie wiadomo jednak jaki
jest globalny niszczycielski potencjał tych
trucizn i jak wielkie jest ich aktualne
oddziaływanie na życie w oceanie. Czasem
oglądamy tragiczny widok delfinów i wielorybów
umierających na plażach. Dotąd nie
zidentyfikowano przyczyny szalonych zachowań
najinteligentniejszych zwierząt na ziemi. Tym
mniej wiadomo o powodach zakwitów toksycznych
glonów. Wiadomo jedynie, że wszystkie dziwne
zachowania morskich stworzeń przytrafiają się
w miejscach, gdzie kiedyś ludzie porzucili
niepotrzebne zapasy trucizn. Dziwne zjawiska
przyrodnicze przytrafiają się coraz częściej,
w miarę jak trucizny uwalniają się ze swoich
ukryć i wchodzą na coraz wyższe piętra
łańcucha pokarmowego.
Niektórzy z nas
przeczuwają już, że są szczelnie odgrodzeni
od wiedzy o zniszczeniach spowodowanych przez
przemysł zbrojeniowy i działalność
państwowych służb mundurowych. Zmowa milczenia
przełamywana jest czasem przez nawiedzonych
ekologów lub renegatów z ekologicznego nadzoru
państwowego. Coraz szerszym strumieniem
zaczynają przeciekać do wiedzy powszechnej
niektóre informacje o koszmarnych zdarzeniach z
przeszłości. W miarę jak odpowiedzialni
urzędnicy przenoszą się do wymiaru
historycznego, ich decyzje są wydobywane z
czeluści archiwów. Publiczność przeciera oczy
ze zdumienia, co też wynajęci przez nią ludzie
wyczyniali z dziedzictwem narodowym. Jak nisko
cenili wiedzę leżącą w zasięgu ręki. Jak
łatwo można było okryć tajemnicą państwową
świadectwa ignorancji, bezmyślności i
oportunizmu.
Nasze opracowanie
nie jest ukierunkowane na ujawnianie wstydliwych
tajemnic ani na wskazywanie winnych zbrodni
przeciwko środowisku. Autorzy dokumentacji
źródłowej podzielają opinię, że nie ma
takiej kary, która by mogła zrównoważyć
straty spowodowane bezmyślnością ludzką.
Ocena działań człowieka przeciw życiu w
morzach i oceanach ma przyczynić się tylko do
identyfikacji źródeł niebezpiecznych zjawisk.
Prawidłowe odczytanie powodów zmian ekosystemu
może dać nam szansę zatrzymania ciągu
katastrof, które zapewne czekają ludzkość w
najbliższej przyszłości. Przywrócenie
równowagi ekosystemu (o ile jeszcze to jest w
zasięgu działań ludzkości) zacząć trzeba od
wskazania skutecznych strategii postępowania.
Zwalczanie "efektu cieplarnianego"
metodą ograniczania antropogenicznej emisji
dwutlenku węgla zapewne do skutecznych strategii
nie należy.
W kolejnych
rozdziałach prezentujemy dostępną już wiedzę
o czynnikach toksycznych, których wpływ na
środowisko wodne jest dowiedziony. Kolejno
zinwentaryzujemy najgroźniejsze dla życia w
oceanach zanieczyszczenia antropogeniczne:
1. odpady
promieniotwórcze
2. trucizny
bojowe
3. trwałe
zanieczyszczenia organiczne
Prezentacja
zagrożeń i ocena ryzyka ekologicznego
wynikającego z obecności antropogenicznych
trucizn w środowisku morskim pozwoli odnieść
się do aktualnych tendencji w europejskiej i
światowej polityce ochrony wód. Wiadomo
powszechnie, że polityka ta w najmniejszym
stopniu nie uwzględnia problemu spuścizny po
dwudziestowiecznych programach wojennych.
Przecieki z archiwów wojskowych rozproszone w dostępnej
publicznie literaturze nie mają siły przebicia.
Brakuje woli politycznej, by podjąć publiczną
debatę o wpływie trujących zanieczyszczeń na
życie w oceanie. Z kolei brak dostępu do
wiarygodnych ocen sytuacji wyłącza możliwość
zadziałania demokratycznych schematów
podejmowania decyzji. Skrywanie dokonań
państwowych trucicieli utrwali schemat
ograniczania emisji, gdyż ten nie wymaga
żadnego wysiłku intelektualnego przy jego
ocenie. Kiedy publiczność dowiaduje się, że
nadmiar dwutlenku węgla zagraża jej interesom,
to oczywista jest reakcja w postaci ograniczania
emisji. Natomiast podjęcie działań naprawdę
skutecznych będzie wymagało nie tylko
ujawnienia faktycznego stanu interesów
publicznych, przyczyn pojawienia się zagrożeń,
ale też ustalenia jasnej strategii
przeciwdziałania nieszczęściu.
Strategia
ograniczania emisji gazów cieplarnianych wymaga
przystąpienia do największej od 50 lat
transformacji systemów energetycznych,
technologii przemysłowych i logistyki. Redukcja
energochłonności gospodarki nastąpi po
kolejnej rewolucji technologicznej. Wszystkie
innowacje są już na etapie komercjalizacji.
Jednak początek wdrożenia nowych technologii
będzie trudny. Inwestorzy muszą zmienić
schematy podejmowania decyzji, co jest niezbędne
by skierować fundusze na ogromną liczbę
projektów wysokiego ryzyka. Inspirację tych
działań czerpać będą z politycznych
priorytetów definiowanych w przepisach prawnych.
Porozumienia międzynarodowe przekuwane są na
prawo państwowe, a władze oddziaływać będą
na podmioty gospodarcze w celu wyegzekwowania
przepisów prawnych. Na drodze od pierwszych
hipotez naukowych do praktyki przemysłowej
upływają więc lata uzgodnień i negocjacji
politycznych. Program ograniczenia emisji gazów
cieplarnianych rodził się prawie 30 lat. Ocena
jego skuteczności zajmie przypuszczalnie kolejne
dziesięciolecia. Jeśli program wspomagania
asymilacji gazów cieplarnianych w oceanie
będzie rodził się w podobnym tempie, zapewne
okaże się bezskuteczny. Dlatego już teraz
warto zadbać o popularyzację kluczowych hipotez
i przesłanek tego programu.
Propozycje akcji
inwestycyjnej wynikające z alternatywnej oceny
powodów globalnego ocieplenia idą znacznie
dalej niż te zmierzające do przebudowy
gospodarki dla ograniczenia emisji dwutlenku
węgla. Zamknięcie obiegu materiałów
promieniotwórczych jest problemem technicznym,
którego rozwiązanie jeszcze nie pojawiło się
w najśmielszych koncepcjach projektantów.
Wydobycie odpadów z dna oceanu, z wód
śródlądowych, spod ziemi (lub ich rzeczywista
neutralizacja na miejscu spoczynku) to pomysły
niemniej futurystyczne. Wytwórcy problemowych
materiałów nigdy nie byli konfrontowani z
procedurą analizy cyklu życia swoich
produktów. Zadania im stawiane kończyły się
na planowym użyciu trucizn, a pozbywanie się
zbędnych zapasów, likwidacja produktów
ubocznych i odpadów wykonywane były w ramach
twórczej improwizacji. Teraz proponujemy
podjęcie działań wielokrotnie kosztowniejszych
niż wcześniejsza produkcja, użytkowanie i
wszystkie operacje zakończone umieszczeniem
trucizn w środowisku wodnym.
Przywrócenie
warunków egzystencji organizmów morskich
będzie zadaniem na pokolenia. Koszt programu
zapewne przekroczy wszystkie oszacowania, więc
nie planujemy zakończenia naszej pracy w formie
klasycznej strategii z budżetowaniem i
harmonogramem. Planujemy jedynie naszkicować
problem w oparciu o dostępne dokumentacje
źródłowe. Przedstawimy przegląd aktualnych
propozycji technologicznych, których dopracowano
się od czasu dostrzeżenia oddziaływania na
środowisko odpadów trucizn i materiałów
promieniotwórczych. Niektóre z tych projektów
już są na etapie komercjalizacji, więc dla
potrzeb przyszłego planowania sporządzimy też
przegląd szacunkowych kosztów wdrożenia. W tym
miejscu warto wspomnieć porównanie kosztów
likwidacji lub porzucenia w ziemi odpadów
zawierających rakotwórczy rozpuszczalnik.
Likwidacja tych odpadów bezpośrednio po
wytworzeniu byłaby 100 tysięcy razy tańsza
niż operacja wydobycia ich spod ziemi i
spopielenia (razem z kilkakrotnie większą masą
chemikaliów służących do oczyszczenia wód
podziemnych). Mając to porównanie na uwadze nie
można przewidywać jak wielkie będą nakłady
na operacje wydobycia trucizn z głębin morskich
i oczyszczenia dna ze skażeń. Już znane są
szacunki kosztów likwidacji niektórych
instalacji nuklearnych. Koszt ten jest powodem
największych sporów wśród energetyków, a
aktualny wynik dyskusji doprowadził już do
ograniczenia planów rozwoju branży.
W opinii twórców
opracowania rezygnacja z rozwoju technologii nie
jest rozwiązaniem żadnego problemu. Zazwyczaj
technologia uznana za mało ekspansywną
pozostawiana jest bez środków na bezpieczną
likwidację szkód ekologicznych. Tak zdarzyło
się już z technologią zgazowania węgla,
górnictwem węgla kamiennego i siarki. Upadek
przedsiębiorstw wytwarzających zabronione
rodzaje trucizn organicznych również odbywa
się bez prawidłowych procedur bezpieczeństwa
ekologicznego. Wycofywanie się gospodarki z
niebezpiecznych technologii nuklearnych powinno
być poprzedzone procesem innowacyjnym, którego
osiągnięcia pozwolą zadbać o środowisko. Nie
można wyobrazić sobie zawrócenia z drogi
rozwoju technologii nuklearnych. Analitycy rynku
energetycznego potrafią już wskazać
dziesiątki rozwiązań, których wdrożenie
obniży presję energetyki na środowisko. Tym
silniej należy wspierać rozwój badań
atomowych, im bardziej intensywne będą zabiegi
nad ukryciem szkód ekologicznych powodowanych
przez aktualnie funkcjonujące rozwiązania
technologiczne.
W chwili obecnej
energia jądrowa jest już stawiana w roli
przyjaznej ekologicznie alternatywy wobec
energetyki opartej o spalanie paliw kopalnych.
Gigantyczna różnica kosztów wytwarzania
energii jeszcze działa na niekorzyść
elektrowni jądrowych. Jednak pojawiły się już
ekspertyzy, których autorzy potrafią
zniwelować te różnice. Z jednej strony
naliczają astronomiczne opłaty ekologiczne za
emisję dwutlenku węgla z elektrowni
chemicznych. Z drugiej strony pomijają nie tylko
koszty likwidacji kopalni uranu, zakładów
wzbogacania, reaktorów i odpadów
poenergetycznych, ale też nie podejmują kwestii
braku zabezpieczeń ekologicznych dla procedur
ograniczania emisji i utylizacji odpadów
radioaktywnych. Tymczasem obecnie jedyną drogą
przed odpadami jest składowanie bezterminowe,
ścieki są tylko zagęszczane przed
składowaniem, a emisje gazowe są zrzucane
bezpośrednio do atmosfery. Zatrzymanie rozwoju
technologii na tym etapie i zwielokrotnienie
liczby instalacji, działających według
schematów sprawdzonych przez XIX-wieczne
koksownie, z pewnością nie podniesie
bezpieczeństwa przyszłych pokoleń.
Blokowanie rozwoju
technologii niebezpiecznych dla środowiska jest
wspólnym dziełem ekonomistów i ekologów.
Planowanie przebudowy przemysłu w kierunku
minimalizacji negatywnych oddziaływań na
środowisko jest związane z wydatkowaniem
znacznych sum na badania i wdrożenia. Nakłady
te zmniejszają konkurencyjność na rynku
opanowanym przez wytwórców działających
zgodnie z zasadą maksymalizacji zysku za
wszelką cenę. Zostaną wpisane do planów
rozwoju, jeśli instytucje demokratyczne
ustanowią przepisy wymagające ekomodernizacji
technologii. Jednak ekolodzy, zarządzający tymi
instytucjami, nie chcą słyszeć o potrzebie
rozwoju technologii uznawanych przez nich za
nieekologiczne. W efekcie obserwujemy już zanik
zainteresowania studiami na kierunkach
inżynierskich, a niebawem zaczną znikać
instytuty badawcze.
W miejsce
rzetelnej wiedzy wchodzą legendy tworzone przez
zachowawcze lobby przemysłowe. Do takich legend
wpisano już mit o "czystej energetyce
atomowej". Popularyzacja tej legendy ma
wyprzeć ze świadomości społecznej czarny
wizerunek "grzyba atomowego" nad
Hiroszimą. Piramida kłamstw wokół katastrofy
w Czernobylu zwieńczona została raportem WHO o
skutkach zdrowotnych opadu radioaktywnego w
Europie. Nikt tego raportu nie czytał ani nie
analizował dokumentacji źródłowej. Wszyscy
natomiast wiedzą, że najpoważniejsze gremia,
odpowiedzialne za przyszłość cywilizacji, nie
dostrzegają nic groźnego w pożarach reaktorów
jądrowych. Zapewne ułatwi to budowę takich
reaktorów w krajach rozwijających się. Ma to
odsunąć zagrożenie ekonomiki wynikające ze
wzrostu cen paliw kopalnych, takich jak ropa i
gaz. Połowa ludności świata, zamieszkująca
Chiny, Indie i Amerykę Południową, ma
zaspokoić swoje rosnące potrzeby energetyczne
przy udziale dobrze sprawdzonych technologii
nuklearnych.
Manipulacje
opinią publiczną mogą skutecznie kreować
tendencje rozwoju gospodarczego, idące obok
realiów i mijające się z celem deklarowanym
przez manipulatorów. Żeby przeciwstawić się
machinacjom pseudonaukowców i hochsztaplerów
politycznych trzeba przywrócić dostęp do
informacji o elementarnych zasadach
funkcjonowania współcześnie stosowanych
technologii nuklearnych. W naszym opracowaniu
przypomnimy dawno ustalone poglądy na udział
energetyki jądrowej w zanieczyszczeniu
środowiska. Zwrócimy uwagę na ścisły
związek presji środowiskowej przemysłu
chemicznego i rolnictwa uprzemysłowionego z
pojawieniem się skutków "efektu
cieplarnianego". Zaproponujemy też nowe
podejście do globalnej oceny systemów
energetycznych. Analiza cyklu życia produktów
chemicznych i energetycznych powinna
uwzględniać ich udział w degradacji
środowiska wodnego, obliczany na każdym etapie
aktywności gospodarczej. Waga jaką przykładamy
do analitycznych wskaźników oceniających ten
udział powinna odzwierciedlać nasze
przywiązanie do stabilności warunków
klimatycznych. Utrata stabilności klimatycznych
warunków bytowania cywilizacji musi być uznana
za najbardziej groźne ze wszystkich zagrożeń
czekających nas w bliższej i dalszej
przyszłości.

|
|
Kosmologia
o klimacie
Klimat planetarny
jest pojęciem odnoszącym się do planet
wystarczająco zimnych i dużych, by utrzymać
atmosferę i wodę na swojej powierzchni. Materia
planety musi też zawierać stosunkowo niewielki
udział pierwiastków radioaktywnych. Nadmierna
radioaktywność planetarna spowoduje utrzymanie
wysokiej temperatury powierzchni planety i nie
pozwoli na:
-
ukształtowanie się litosfery na powierzchni
planety, oraz
- utrzymanie
wodoru i tlenu napływających z kosmosu,
oraz
- powstanie
życia, które ostatecznie stabilizuje
równowagę oceanu i atmosfery, absorpcję
promieniowania słonecznego i kosmicznego.
Niezwykłą
szansą dla stabilizacji ziemskiego klimatu jest
też obecność Księżyca w naszym sąsiedztwie.
Układ dwu planet, z których jedna jest znacznie
mniejsza od drugiej, powoduje spowolnienie ruchu
obrotowego każdej z nich. Zarówno długi okres
obrotu wokół osi, jak stabilizacja osi obrotu
mają istotny wpływ na klimat. Niewielkie
rozmiary Księżyca powodują siły pływowe na
tyle małe, że ich oddziaływaniu poddają się
wody mórz i atmosfera, ale nie wzmagają
wulkanizmu.
Pomimo spełnienia
przez naszą planetę podstawowych kosmicznych
uwarunkowań, klimat zmienia się w sposób
często zagrażający życiu na Ziemi. Cykle
zimne i ciepłe naprzemiennie następowały po
sobie w okresach sięgających setek milionów
lat. Zdarzały się też zmiany w czasie
kilkunastu lat. Nieregularny rytm zmian
zachodzących na Słońcu i w jego sąsiedztwie
ma tu wpływ dominujący. Obecnie znajdujemy się
blisko połowy okresu od powstania Słońca (5
miliardów lat temu) do czasu kiedy (za 7
miliardów lat) zacznie kurczyć się do
rozmiarów białego karła, zabijając swym
żarem wszystko co żyje na Ziemi. U początku
ewolucji Słońca jego promieniowanie było o 30%
mniejsze niż obecnie. Prawdopodobnie wpływało
to na prekambryjskie okresy zimna. Jedno z takich
globalnych zlodowaceń miało zdarzyć się 2,4
miliardy lat temu. Klimat prekambru sprzed 700
milionów lat był tak zimny, że ślady
działalności lodowców znalazły się w
Australii. Utrwalony w nich sygnał magnetyczny
wskazuje, że w owym czasie skały te znajdowały
się na równiku. Oznacza to, że cała ówczesna
Ziemia była skuta lodem. Tak wielkie
zlodowacenia musiały prowadzić do drastycznego
zaniku produktywności biologicznej.
W czasie
fanerozoiku (ostatnie 545 milionów lat) Ziemia
wchodziła kolejno w osiem wielkich cykli
klimatycznych, trwających od około 50 do 90
milionów lat każdy. Cztery z nich były o
około 4°C zimniejsze od czterech cykli
ciepłych. Te długie cykle spowodowane były
prawdopodobnie wędrówką naszego układu
słonecznego poprzez ramiona Drogi Mlecznej. W
pewnych ramionach trafiają się obszary silnego
tworzenia gwiazd, co łączy się z częstymi
wybuchami gwiazd nowych i supernowych. W takich
rejonach galaktyczne promieniowanie kosmiczne
jest nawet do 100 razy wyższe niż to, które
dociera obecnie do heliosfery. Przy podwyższonym
promieniowaniu kosmicznym w troposferze Ziemi
powstaje więcej chmur, odbijających promienie
słoneczne i klimat staje się zimniejszy. Gdy
Słońce wędrowało tam, gdzie promieniowanie
kosmiczne było słabsze, na Ziemi klimat się
ocieplał. Na cykle klimatyczne liczące
dziesiątki milionów lat nakładają się cykle
krótsze, wzmacniając lub osłabiając zmiany
długoterminowe. W ciągu ubiegłego miliona lat
nastąpiło osiem do dziesięciu epok
lodowcowych, trwających po około 100 000 lat i
przedzielanych krótszymi okresami ocieplenia (po
około 10 000 lat). Różnica średniej
temperatury powietrza przy powierzchni ziemi
pomiędzy epoką lodowcową i międzylodowcową
wynosiła 3 - 7°C.
Całe ciepło
docierające do powierzchni Ziemi pochodzi od
Słońca. Skorupa ziemska jest grubą, skutecznie
izolującą warstwą. Dlatego też ani roztopione
jądro, ani znacznie płyciej położona,
również częściowo roztopiona warstwa
astenosfery (górnego płaszcza Ziemi), nie mają
swego udziału w ogólnym bilansie temperatury na
powierzchni. Klimat Ziemi napędzany jest zatem
ciepłem pochodzącym spoza naszej planety.
Jednakże mechanizm funkcjonowania klimatu
zależy już od lokalnych, ziemskich
uwarunkowań. W szczególności obecność na
Ziemi "warstwy życia" (biosfery)
wywierała w dziejach rosnący wpływ na klimat.
Aby zrozumieć ten złożony proces, musimy się
teraz cofnąć w czasie o parę miliardów lat, a
także rozejrzeć nieco w najbliższym
sąsiedztwie naszej planety. W cechach Ziemi musi
bowiem być coś wyjątkowego, jeśli tylko na
niej powstać mogło i utrzymać się przez tak
długi czas życie.
Gdyby tylko
Słońce wpływało na temperatury panujące na
powierzchni Ziemi, wówczas planety położone w
takiej samej od niego odległości powinny mieć
jednakowe temperatury. Tak jednak nie jest.
Ziemia i Księżyc krążą wokół Słońca po
bardzo podobnych orbitach i otrzymują na
jednostkę powierzchni identyczną ilość
ciepła, a przecież temperatury panujące na ich
powierzchniach są diametralnie różne. Otóż,
średnia temperatura panująca na Księżycu
wynosi -18°C, na Ziemi zaś +15°C. Różnica
33°C jest miarą naszego, ziemskiego,
naturalnego efektu szklarni. Energia słoneczna
dociera do Ziemi w postaci promieniowania w
zakresie spektrum widzialnego. Niewielka
część, około 7%, emitowana jest w postaci fal
nadfioletowych, pewna zaś drobna część w
zakresie dłuższych fal podczerwonych i bardzo
długich fal radiowych.
Niewidzialne
promieniowanie (poza radiowym) w większości nie
dociera do powierzchni Ziemi. Fale nadfioletowe
absorbowane są w stratosferze, głównie przez
warstwę ozonową. Natomiast promieniowanie
podczerwone pochłaniane jest głównie przez
parę wodną. Tak więc to światło widzialne
ogrzewa powierzchnię Ziemi, podobnie jak ogrzewa
też powierzchnię Księżyca i innych planet.
Dodatkowo przechwytywane jest też przez żywą
powierzchnię Ziemi - rośliny, które
przystosowały się do wykorzystywania zawartej w
nim energii do produkcji związków organicznych
budujących ich ciała. Na Księżycu
promieniowanie cieplne z oświetlonej powierzchni
uchodzi w przestrzeń. Na Ziemi jest ono
absorbowane w atmosferze przez parę wodną i
dwutlenek węgla. Gazy te kiedy są ogrzane, same
wypromieniowują fale podczerwone we wszystkich
kierunkach. Zawracają energię ku powierzchni,
gdyż z górnych warstw atmosfery emisja
termiczna jest w równowadze z promieniowaniem
słonecznym. W ten sposób ciepło nie ucieka i
Ziemia utrzymuje temperaturę - mamy efekt
szklarni.
Sprawność
ziemskiej "szklarni" zależy od
koncentracji gazów "szklarniowych" w
atmosferze. Im więcej dwutlenku węgla, pary
wodnej, metanu i innych gazów, tym bardziej
nagrzewać się będzie powierzchnia Ziemi.
Obecnie ilość dwutlenku węgla w powietrzu jest
bardzo niewielka, wynosi około 0,03%. W
przeszłości geologicznej było jednak inaczej.
Pierwotna atmosfera Ziemi (podobnie jak Wenus czy
Marsa) była w ogromnej większości zbudowana z
tego gazu, tak więc efekt szklarni musiał być
wtedy znacznie potężniejszy. Historia tych
trzech planet potoczyła się jednak odmiennie.
Dwutlenek węgla
pozostał w atmosferze Wenus, podnosząc z czasem
jej temperaturę do ponad 500°C. Jego stężenie
jest tak wielkie, że dziś ciśnienie na
powierzchni planety niemal stukrotnie przewyższa
ciśnienie na Ziemi, a temperatura wystarcza do
roztopienia wielu metali. Inaczej jest na Marsie.
I ta planeta z początku musiała mieć znacznie
gęstszą atmosferę zbudowaną z dwutlenku
węgla, a i jej temperatura, choć znacznie
niższa, wystarczała, by utrzymać wodę w
stanie płynnym. Jest prawdopodobne, że
rozpuszczający się w wodzie dwutlenek węgla
wiązał się z jonami wapnia i wytrącał w
postaci wapieni, które gromadziły się w
skorupie. W ten sposób atmosfera marsjańska
przerzedzała się i temperatura spadała. Proces
ten zachodził lawinowo, aż osiągnięty został
próg, poniżej którego dwutlenek węgla
zaczął zamarzać, tworząc widoczne do dziś z
Ziemi białe czapy lodowe na biegunach. Mars jest
dziś wymarłą lodową pustynią i nic nie może
tego stanu odwrócić, bo raz uwięziony
dwutlenek węgla (w wapieniach lub w "suchym
lodzie") nie może już do atmosfery
powrócić. Gdyby Mars był większą planetą,
jak Ziemia lub Wenus, wówczas jego ciepło
wewnętrzne wystarczyłoby do zainicjowania ruchu
płyt litosfery i pogrążające się coraz
głębiej osady wapienne topiłyby się,
uwalniając dwutlenek węgla w procesach
wulkanicznych. W ten sposób naturalny efekt
szklarni mógłby się utrzymać podobnie jak na
Ziemi. Mars jednak jest małą planetą.
Na Ziemi wcześnie
powstały warunki do istnienia wody w stanie
płynnym, a więc i do wychwytywania dwutlenku
węgla z atmosfery oraz odkładania go w formie
wapieni. Ze względu jednak na wielkość naszej
planety wcześnie zapoczątkowany też został
proces ruchu płyt litosfery i związany z nim
wulkanizm. Dzięki temu uwięziona w wapieniach
część dwutlenku węgla stale wracała do
atmosfery, podtrzymując funkcjonowanie szklarni,
choć na odpowiednio niskim poziomie. Nie można
też zapomnieć o udziale biosfery w procesie
usuwania amoniaku z atmosfery. Wiążąc amoniak
organizmy żywe pozwalają utrzymać równowagę
kwasową wód daleko od punktu całkowitego
wyczerpania dwutlenku węgla z atmosfery i
wypadania z obiegu w postaci węglanu wapnia.
Mamy w istocie
tylko dwa stabilne stany klimatyczne - gorącego
piekła Wenus i mroźnej pustyni Marsa - bo oba
są wynikiem samo wzmacniających się procesów,
zatrzymujących się po osiągnięciu równowagi
w wyniku wyczerpania jednego z uczestników
globalnej stabilizacji. Tylko na Ziemi żaden z
tych stanów nie został osiągnięty i nasza
planeta wciąż, po prawie 4 miliardach lat,
cieszyć się może łagodnym klimatem
sprzyjającym istnieniu życia. Po części
dlatego, że jej cechy astronomiczne są
wyjątkowo korzystne. Odpowiednia odległość od
Słońca i szybkość obrotu wokół osi
zapewniają otrzymywanie odpowiednich ilości
energii. Z kolei odpowiednia wielkość planety
zapewnia funkcjonowanie mechanizmu
geotektonicznego, dzięki któremu dwutlenek
węgla może krążyć między powietrzem, wodą
i litosferą. To właśnie los wygrany na
kosmicznej loterii - los, który pozwala
zwolennikom zasady antropicznej mówić o
uprzywilejowaniu Ziemi, jakby celowym
przygotowaniu jej do potrzeb życia. Ale sam łut
szczęścia to za mało. Słońce się nagrzewa,
a mimo to na Ziemi nadal panują korzystne
warunki. Zawdzięczamy do dodatkowemu czynnikowi,
który usuwa z powietrza nadmiar dwutlenku
węgla. Czynnikiem tym jest życie.
Po ustaniu
intensywnych procesów wulkanicznych w
początkach historii biosfery beztlenowa
atmosfera, bogata w dwutlenek węgla, dostatek
biogenów w oceanie, zasilanym przez źródła
hydrotermalne, powodowały ogromne zakwity sinic
(cyjanobakterii) i masową produkcję tlenu.
Amoniak został wypłukany z atmosfery, tworząc
aminokwasy - podstawowy składnik organizmów
żywych. Składniki biogenne zniknęły z
powietrza, które odtąd zawiera azot i tlen jako
kwasowo obojętne źródło procesów życiowych
w oceanie. Od tamtych czasów absorpcja dwutlenku
węgla w oceanie zachodzi za pośrednictwem
organizmów żywych, gdyż nadprodukcja
węglanów jest blokowana przez zakwaszenie wód.
Obecność tlenu w atmosferze nie tylko
umożliwia procesy oddychania, niezbędne dla
budowy wyższych form życia. W górnych
warstwach atmosfery tlen przejmuje energię
promieniowania kosmicznego i tworzy tarczę
ozonową. To z kolei, już 2,4 miliarda lat temu,
wpłynęło na rozwinięcie się mechanizmów
obronnych, chroniących organizmy żywe przed
niszczącym działaniem rodników tlenowych.
Mechanizmy te chronią przed promieniowaniem
jonizującym również nas. Bez nich ani nie
mogłoby rozwinąć się życie eksponowane na
ogromny strumień uszkodzeń DNA powodowanych
przez promieniowanie kosmiczne, ani nie
moglibyśmy żyć obecnie. W każdej komórce
ssaka powstaje w ciągu jednego roku około 70
milionów spontanicznych uszkodzeń DNA
związanych z metabolizmem tlenu, a tylko pięć
uszkodzeń pochodzi od naturalnego promieniowania
jonizującego. Jednak uszkodzenia radiacyjne są
trudniejsze do naprawienia w komórkowych
procedurach ochronnych. Prowadzą więc do
mutacji genetycznych, a w organizmach
jednokomórkowych uszkodzenia takie prowadzą do
śmierci.
Ustabilizowane
warunki absorpcji promieniowania słonecznego są
gwarantem utrzymania życia na Ziemi. Jednak nie
zapewniają stabilności klimatu. W okresie
ostatnich 2 mln lat głównym czynnikiem
oddziałującym na klimat ziemski jest okresowo
zmieniająca się odległość Ziemi od Słońca.
Ziemia okrąża Słońce po orbicie eliptycznej,
której mimośród ulega niewielkim wahaniom (do
5%) w okresie ok. 100 000 lat. Gdy mimośród
jest największy, różnice w ilości energii
dopływającej do Ziemi są również
największe, gdy mimośród jest mały, orbita
jest bliższa kołowej i różnice ilości
energii są mniejsze. Obecnie mimośród eliptyki
orbity Ziemi jest najmniejszy. Różnice
pomiędzy aphelium (najdalszy punkt położenia
Ziemi w stosunku do słońca), a peryhelium
(punkt najbliższy) wynoszą jedynie 3%. Oznacza
to jednak, że Ziemia otrzymuje o 6% energii
słonecznej więcej w styczniu niż w lipcu. Przy
orbicie o kształcie bardziej eliptycznym
różnica w ilości otrzymywanej energii
słonecznej w aphelium i peryhelium dochodzi do
20-30%. Oś Ziemi nachylona jest do ekliptyki
(płaszczyzny, na której leży orbita Ziemi) pod
kątem, którego wartość ulega wahaniom w cyklu
41 000 lat. Kąt ten zmienia się od 21,5° do
24,5° (obecnie wynosi 23,4°) i wpływa
głównie na występowanie zmiennych pór roku.
Przy mniejszym nachyleniu osi Ziemi zmniejsza
się różnica napromieniowania słonecznego
między zimą i latem. Ten układ sprzyja
rozwojowi pokryw lodowych. Z kolei większe
nachylenie osi Ziemi oznacza, że strefa
międzyzwrotnikowa jest szersza, a koła
podbiegunowe leżą dalej od biegunów. Rosną
wówczas kontrasty termiczne między niskimi a
wysokimi szerokościami geograficznymi. Oś
ziemska wiruje jak bąk wokół swej osi obrotu z
okresem 22 000 lat. Oznacza to, że punkty
równonocy oraz przesilenia letniego i zimowego
wędrują wzdłuż ekliptyki. Obecnie Ziemia
znajduje się najbliżej Słońca (peryhelium)
tuż po przesileniu zimowym - 3 stycznia, a
najdalej od Słońca (aphelium) po przesileniu
letnim - 4 lipca. Dlatego obecnie kontrasty
termiczne między latem a zimą są na półkuli
północnej stosunkowo nieduże, za ok. 11 000
lat będą największe.
Wzrostowi
lądolodu sprzyja sytuacja, w której Ziemia jest
bliżej Słońca zimą, a nachylenie osi do
płaszczyzny ekliptyki jest małe. Wówczas zima
jest dość ciepła, opady śniegu nad biegunami
duże, a lato dość chłodne, dzięki czemu
cały śnieg nie zdąży się stopić. Gdy Ziemia
jest najbliżej Słońca latem i nachylenie osi
jest duże panują dogodne warunki do topienia
nagromadzonego lodu i recesji lądolodu. Cykl
zlodowacenie - interglacjał trwa około 100 000
lat, tyle co cykl zmian mimośrodu orbity
ziemskiej, z czego około 90 000 przypada na
zlodowacenie, które też nie jest jednorodne,
lecz składa się z co najmniej kilku glacjałów
(okresów zimniejszych) i interglacjałów
(okresów nieco cieplejszych). Ciepłe okresy
rozdzielające zlodowacenia trwają około 10 000
lat. Interglacjał dzisiejszy trwa już od 12
tysięcy lat, może więc kończyć się
właśnie za naszego życia.
Niezwykle
skomplikowany system uwarunkowań kosmicznych,
który sprzyja bytowaniu człowieka na Ziemi jest
uzupełniony o kolejny czynnik wsparcia rozwoju
bytów rozumnych. Wprawdzie czynnik ten stanowi
też największe zagrożenie dla życia
biologicznego na Ziemi, jednak ewolucja
zawdzięcza mu szereg nagłych przemian
jakościowych ekosystemu. Czynnikiem tym są
asteroidy, komety i meteory, które Ziemia
napotyka na swojej drodze przez Kosmos. Każdego
dnia atmosfera ziemska pochłania 300 ton
drobnych meteorów i pyłu kosmicznego. Gruz
kosmiczny pochodzi z rozpadu w wyniku zderzeń
planet i planetoid, a jego prędkość względem
Ziemi osiąga 70 km/s. Energia zderzenia ze
skałą o średnicy 10 km przy tak wielkich
prędkościach może osiągać wielokrotność
miliarda megaton trotylu. Zderzenia Ziemi z
asteroidami, kometami i wielkimi meteorytami są
odpowiedzialne za:
* w czasie
pierwszych 100 mln lat od powstania Ziemi -
wzbogacenie składu planety o pierwiastki
ciężkie i powstanie silnego pola
magnetycznego
* w czasie pierwszego 1 mld lat - wybicie ze
skorupy ziemskiej całej masy skalnej
składającej się na Księżyc
* w czasie pierwszych 3 mld lat - deformację
skorupy skalnej, co spowodowało powstanie
pierwotnego kontynentu Pangei
* przed 230 mln lat - rozbicie Pangei i
uruchomienie przemieszczania się
kontynentów
Materia
napływająca z Kosmosu jest również czynnikiem
twórczym. Obecność na Ziemi większości
lekkich pierwiastków, takich jak wodór, tlen,
azot i węgiel, może być przypisana przybyszom
z kosmosu. W początkowym okresie swojej historii
Ziemia mogła utracić większość pierwotnej
masy pierwiastków lekkich z powodu wysokiej
temperatury jej powierzchni. Tak więc powietrze,
którym oddychamy, i woda, którą pijemy,
pochodzą z Kosmosu.
Najnowsze
zderzenie z dużym asteroidem odbyło się 65 mln
lat temu i spowodowało wyginięcie 80 %
gatunków zwierząt, w tym dinozaurów. Otwarło
drogę nowemu rodzajowi inteligentnych stworzeń,
ssaków, z których wywodzi się twórca
cywilizacji technicznej - człowiek. Masowe
wymieranie gatunków zostało spowodowane
dramatyczną zmianą klimatu na Ziemi. Eksplozja
spowodowana zderzeniem z asteroidem wyzwoliła
energię 100 tysięcy razy większą niż
grożąca nam wojna globalna z użyciem
arsenałów atomowych, pozostających w
dyspozycji mocarstw światowych. Wyparowały i
rozpylone zostały miliardy ton skał i wody.
Atmosfera ziemska przestała przepuszczać
promieniowanie słoneczne, co wyniszczyło
roślinność i wszystkie gatunki zwierząt
roślinożernych. Pozostałe przy życiu
najbardziej mobilne i inteligentne rośliny i
zwierzęta w czasie wielu milionów lat budowały
dzisiejszy model biosfery ziemskiej.
Ukoronowaniem tej rekonstrukcji równowagi
globalnego klimatu jest powstanie cywilizacji
technicznej, zdolnej do posługiwania się
wieloma systemami energetycznymi. Jeśli
ludzkość zdoła uzyskać źródło energii o
wielkości kosmicznej, dostanie szansę na
skuteczne przeciwdziałanie kolejnej
wyniszczającej katastrofie ekologicznej. Okaże
się zbawiennym składnikiem biosfery ziemskiej.
Rozważania
kosmologów nieuchronnie prowadzą do pytań o
sens istnienia, początek rzeczy, obecność
Wszechmocnego. Jeśli rację mają ewolucjoniści
szansa ludzkości na obronę jej siedziby
pojawiła się jako splot mało prawdopodobnych
szczęśliwych zdarzeń. Spełnienie losu
ludzkości nastąpi jako konsekwencja bezmiernej
rozległości czasu, w którym selekcja naturalna
dokonuje optymalizacji bytów. Zwolennicy
nadprzyrodzonej siły sprawczej, kierującej
rzeczy aż do osiągnięcia z góry upatrzonego
celu, widzą szansę ludzkości jak ostateczny
egzamin dojrzałości. Zwolennicy obu koncepcji
znajdą rozstrzygnięcie wszystkich pytań w
nieokreślonej jeszcze przyszłości. W ostatnim
czasie potwierdzona została hipoteza o
możliwości zaistnienia katastrofy kosmicznej
już za naszego życia, a obserwacja efektów
zderzenia Komety Shoemaker-Levy z Jowiszem
pozwoliła ocenić skalę tego zagrożenia.
Wzmożone
zainteresowanie przygodą Jowisza z kometą
pozwoliło poczynić prognozy i ocenę ryzyka
związanego z kolejnym zderzeniem asteroidu z
Ziemią. Na trajektoriach najbliższych ziemskiej
odkryto 108 obiektów zdolnych do zaburzenia
klimatu na Ziemi. Każdy z tych odłamków
skalnych ma średnicę i masę porównywalną z
asteroidem odpowiedzialnym za wyginięcie
dinozaurów. Tylko jeden o średnicy 0.58 km i
nazwie 2004 VD17 ma zbliżyć się już w 2091
roku na odległość mniejszą od średnicy
Ziemi. Energia zderzenia obliczana jest na 15 000
megaton TNT, gdyż masa asteroidu wynosi 270 mln
ton, a prędkość względem Ziemi 21 km/s.
Prawdopodobieństwo zderzenia szacuje się jak 1
do 10000. Niewiele, jednakże trafienie może
spowodować natychmiastową śmierć setek
milionów ludzi oraz zmianę klimatu daleko
szybszą i bardziej radykalną od każdej
dzisiejszej prognozy "efektu
cieplarnianego".
Przyjęcie tej
informacji (i setek podobnych o kolejnych
asteroidach) do wiadomości i pozostawienie spraw
własnemu biegowi upodobni wpływ naszej
cywilizację na stan biosfery ziemskiej do
poziomu reagowania dinozaurów. Tym tylko
różnić się będziemy, że wśród tych
wymarłych gadów nie było żadnego zdolnego do
postawienia kwestii reagowania na nadzwyczajne
zagrożenia pochodzące z Kosmosu. Gdybyśmy
jednak mieli wziąć udział w kształtowaniu
przyszłości naszego gatunku poprzez likwidację
zagrożenia katastrofą kosmiczną, musimy
przewartościować sposób myślenia o wielu
ważnych sprawach. Pierwszą będzie odpowiedź
na pytanie: czy wolno użyć broni termojądrowej
do rozbijania asteroidów? Sprawa jest dość
oczywista, jednak pamiętać wypada, że niedawno
wydano całkowity zakaz wynoszenia broni
atomowych na orbitę okołoziemską. Bez
anulowania tego zakazu obrona przed uderzeniem
asteroidu staje się niemożliwa. Kolejne pytanie
to kwestia ustanowienia globalnego priorytetu dla
badań nad rozwojem kosmicznych systemów
uzbrojenia nuklearnego. Jeśli istotnie zostało
nam niewiele czasu na utworzenie kosmicznych sił
natychmiastowego reagowania, to warto już teraz
poddać rzecz gruntownej analizie. Ostatnim
drażliwym tematem dla ekologów,
antyglobalistów i pacyfistów będzie propozycja
ustanowienia na czele priorytetów ekologicznych
ludzkości projektu utworzenia nuklearnej tarczy
obronnej w najbliższym Kosmosie. Trzeba mieć
nadzieję, że odpowiedzi na takie pytania
potrafimy udzielić zanim co sprytniejsi
wybudują sobie schrony i spokojnie poczekają na
koniec tych mniej rozgarniętych.

|
|
Historia
o klimacie
Świat, w którym
żyjemy, jest młody - liczy sobie dopiero 12
tysięcy lat. Okres, który nastąpił po
ostatnim zlodowaceniu, nazywany jest holocenem. W
porównaniu z epoką lodową jest on cieplejszy
(średnio o kilka stopni) i bardziej wilgotny.
Wielka masa wody, która uwięziona była w
czapach lodowych, krąży teraz swobodnie między
hydro- i atmosferą. Choć mówimy o jednym
okresie nie znaczy to wcale, że przez 12
tysięcy lat klimat nie ulegał zmianom. Podobnie
jak w okresie glacjalnym okresy cieplejsze
przeplatały się z chłodniejszymi (co
odzwierciedla wprowadzony przez naukowców
podział na stadiały, fazy itp.), tak i w
okresie "ciepłym", polodowcowym,
klimat fluktuował. A zmianom klimatu
towarzyszyły - będąc niemal ich odbiciem -
gospodarcze, polityczne i społeczne zmiany w
historii ludzkości.
W holocenie
wystąpiły cztery wyraźnie cieplejsze okresy:
- optimum
klimatyczne, zaczęło się wkrótce po
ustąpieniu lądolodów i zakończyło około 5
tysięcy lat temu.
- drugi okres ciepły trwał od roku 500 p.n.e.
do 400 n.e.
- małe optimum klimatyczne, w czasach
historycznych, rozpoczęło się około roku 800
i trwało do końca XII wieku.
- czwarty zaczął się około roku 1850 i trwa
do dziś
Wszystkie zmiany
klimatu wpłynęły na losy człowieka, dwa
odcisnęły piętno na naszej historii. Być
może za 20 lat świat będzie cieplejszy o
1-2°C, niż jest dzisiaj, a tak mała różnica
nie wydaje nam się znacząca. W końcu różnice
między porami roku sięgają nawet
kilkudziesięciu stopni, a i w ciągu jednego
dnia z łatwością dochodzić mogą do 20°. Ale
to właśnie takie, niemal nieuchwytne zmiany,
zachodzące w ostatnim tysiącleciu miały
głęboki wpływ na rozwój cywilizacji i na
niekiedy drastyczne wydarzenia, jakie mu
towarzyszyły.
Optimum
klimatyczne zaczęło się wkrótce po
ustąpieniu lądolodu i było najcieplejszym
okresem przynajmniej w ciągu ostatnich 75
tysięcy lat, tzn. od czasu poprzedniego
interglacjału, który był zapewne nieco
cieplejszego niż obecny. Z badań
palinologicznych (tzn. z analizy kopalnych
pyłków kwiatowych) wynika, że borealne lasy
iglaste (tajga) zachodniej Syberii i Kanady
rozciągały się wówczas mniej więcej 300 km
dalej na północ. Zajmowały obszary dzisiaj
całkowicie bezleśne (tundrowe), porosłe tylko
trawami, krzewami i mchem. Temperatura wód
oceanicznych była na niektórych obszarach
wyższa nawet o 6°C od dzisiejszej. Oceany
parowały więc silniej, co powodowało
zwiększenie wilgotności powietrza. Wzmożone
opady wypełniły po brzegi baseny i jeziora
saharyjskie. Jezioro Czad, na przykład,
przybrało rozmiary prawdziwego morza,
rozlewając się na obszarze porównywalnym z
dzisiejszym Morzem Kaspijskim.
Wtedy to właśnie
zazieleniła się Sahara i Bliski Wschód.
Wspaniałe ryty naskalne i malowidła świadczą
o tym, że tereny te tętniły życiem i
występowała na nich fauna typowa dla
dzisiejszej sawannowej Afryki. Kolejne,
rozciągające się na tysiąclecia, odmiany
stylistyczne tej naskalnej galerii pod gołym
niebem pokazują jednak obraz terenu coraz
bardziej suchego. Od bogactwa dzikiej, a
później udomowionej zwierzyny na początku, aż
po ostatnie - powstałe tuż przed odejściem
ludzi i zwierząt - malowidła przedstawiające
już tylko wielbłądy, najbardziej wytrzymałe
zwierzęta prawdziwej pustyni. Około 5 tysięcy
lat temu okres cieplejszy był już w odwrocie.
Temperatury zaczęły spadać, wydłużyły się
lodowce górskie, lasy szpilkowe wycofały się
na południe, obniżył się poziom morza,
obszary dzisiejszych pustyń na powrót zaczęły
przypominać pustynie. Dla populacji ludzkich
przyszły ciężkie czasy - przynajmniej na
północy. Wtedy to (około 2500 lat temu) w
mroźnej znów Skandynawii narodziła się
legenda o Ragnarok jako - być może - odległe
wspomnienie dawnego, dobrego i ciepłego świata,
po którym przyszła skuta lodowym mrozem
rzeczywistość.
Nie jest zapewne
przypadkiem, że następne, niewielkie tym razem
ocieplenie, przypadające na okres od 500 roku
p.n.e. do 400 roku n.e., zbiegło się w czasie z
rozkwitem cywilizacji rzymskiej. Nie jest bez
znaczenia, że jej upadkowi towarzyszyło
kolejne, ponownie dość łagodne, oziębienie,
które w Europie zakończyło się dopiero około
roku 700. Rozpoczęło się wtedy nowe ocieplenie
- znów niewielkie, krótkotrwałe i - brzemienne
w skutki. Przyniosło ono spektakularne
wydarzenia, takie jak rozkwit cywilizacji
nordyckiej, wielkie wyprawy Wikingów,
kolonizację Islandii, odkrycie Grenlandii i
wreszcie - dotarcie do Ameryki (Labradoru).
Dzieje wypraw Wikingów i całego apogeum kultury
normańskiej to niezwykły przykład powiązań
historii i klimatu. Historia ta zaczęła się na
dalekiej północy, bo tylko tam cieplejszy
klimat przynieść może radykalną odmianę, a
nie jedynie poprawę życia. Dla wielu roślin
okres wegetacji musi być odpowiednio długi, by
mogły być uprawiane. Nawet kilkudniowe
wydłużenie tego okresu przy jednoczesnym
choćby niewielkim ociepleniu, może okazać się
przełomem. Tak więc około VIII wieku, gdy
klimat złagodniał, cywilizacja skandynawska
weszła w okres niezwykłego rozwoju. Szybko
zresztą przekroczyła granice nordyckiego
świata.
Normanowie byli
ludem bardzo ruchliwym. Część z nich
pożeglowała na zachód północnymi szlakami,
zdobywając kolejno Islandię, Grenlandię,
wreszcie Amerykę. Inni, korzystając z rzecznych
szlaków Europy, zapuszczali się daleko na
południe i wschód, patronując nawet narodzinom
nowych struktur państwowych na Wschodzie. W tym
Rosji - hipoteza warezkiego, czyli normańskiego
pochodzenia linii Rurykowiczów jest dość mocno
ugruntowana. Wpływy normańskie sięgały
daleko, obejmując całą Europę, a poprzez
szlaki śródziemnomorskie sięgając na tereny
zdominowane przez Arabów i Bizancjum. Mniej lub
bardziej krótkotrwałe państwa o normańskich
korzeniach powstały daleko na południu Europy -
na Sycylii, w Italii i Hiszpanii. Również
państwo Wandalów w Afryce Północnej wiązać
można z aktywnością Wikingów. Według
Gribbina, jeśli Europa należała między rokiem
900 i 1100 do kogokolwiek, to właśnie do
Normanów. A niewiele być może brakowało, by
do nich należała również Ameryka.
Ekspansja
Wikingów szlakami północnego Atlantyku
odbywała się od IX wieku. Islandia została
odkryta około 850 roku, podczas bardzo
krótkotrwałego ochłodzenia, kiedy lodowce
wyspy zeszły aż do wybrzeży (stąd nazwa -
kraina lodu). Na Grenlandię (krainę zieleni)
Wikingowie zawitali mniej więcej 100 lat
później, kiedy małe optimum klimatyczne było
w swym apogeum, a brzegi lodowej wyspy się
zazieleniły. Do dziś więc w nazwach Islandii i
Grenlandii pobrzmiewają echa drobnych wprawdzie,
ale jakże wymownych zmian klimatycznych sprzed
tysiąca lat. Około roku 900 na Islandii
panowały już na tyle dobre warunki życia, że
przybywający na wyspę Wikingowie nie musieli
już powracać do kraju. Populacja Islandii
szybko się powiększała, a dobre wulkaniczne
gleby w połączeniu z łagodniejszym klimatem
umożliwiły rozwój szybko rosnącej ludności.
Jako państwo niepodległe Islandia przetrwała
400 lat (870-1262) - niemal dokładnie tyle, ile
trwało małe optimum klimatyczne. I choć
skandynawska ludność wyspy pozostała -
musiała nie tylko utracić swą niezależność
i strukturę państwową, ale też zmienić
radykalnie sposób gospodarowania i zwyczaje.
Lata 1270-1390 to
okres stopniowego, ale wyraźnie już
odczuwalnego oziębienia klimatu. Nastąpił
wówczas upadek rolnictwa i hodowli na wyspie -
okres wegetacji stawał się już zbyt krótki,
by zboża mogły zakończyć cykl życiowy przed
nadejściem zimowych mrozów. Zmieniając
radykalnie tryb życia i migrując z wnętrza
wyspy na wybrzeża, ludność Islandii zdołała
zaadaptować się - nie bez ofiar - do nowych
warunków: odtąd nie ziemia, lecz morze miało
stać się głównym źródłem pożywienia
wyspiarzy. Dopiero ostanio, wraz z ponownym
ociepleniem, rolnictwo wraca na wyspę (a
Islandia, nawiasem mówiąc, ponownie odzyskała
niepodległość). Historia normańskiej
populacji na Grenlandii jest krótsza i bardziej
dramatyczna. Po okresie jej rozkwitu we wczesnym
średniowieczu (kolonizacja wyspy zaczęła się
w roku 982), rozpoczął się stopniowy, lecz
nieubłagany jej upadek. Po pięćsetletniej
obecności na wyspie, osłabiona, wyniszczona i
najwidoczniej niezdolna do adaptacji w nowych
warunkach populacja ta wymarła. Jej ostateczny
upadek związany był z nadejściem szczególnie
chłodnego klimatu, który negatywnie wpłynął
na całą historię Europy i dał początek
okresowi znanemu dziś jako "mała epoka
lodowa". Po grenlandzkich Normanach
pozostały tylko nieliczne obiekty
archeologiczne, zachowane w wiecznej zmarzlinie
mumie dawnych mieszkańców i - powietrze
wypełniające próżnie w lodach i pozwalające
odtwarzać skład dawnej atmosfery.
Historia upadku
nordyckiej kolonii na Grenlandii jest tragiczna i
stanowić może pouczające memento. Coraz
bardziej odcinani przez lody od swych terenów
rolnych i hodowlanych na lądzie oraz od szlaków
łączących ich ze skandynawską Europą na
morzu, Grenlandczycy trwali uporczywie w swych
dawnych zwyczajach i trybie życia. Ostatni
biskup na Grenlandii zmarł w 1378 roku i nie
miał już następcy. Jeszcze w połowie XIV
wieku Kościół był w posiadaniu 2/3
najlepszych ziem; ta typowo europejska struktura
własności na Grenlandii zupełnie się nie
sprawdziła. Kontakty z resztą skandynawskiego
świata stawały się coraz trudniejsze, a po
roku 1408 ustały całkowicie. Pozostali na
wyspie ludzie przeżyli jeszcze sto lat, trzy
pokolenia, i ta zmniejszająca populacja
ostatecznie wymarła około roku 1500. Gdy w 1540
roku jeden ze statków norweskich zepchnięty
przez sztormy przybił do brzegu, nie znalazł
już nikogo żywego, tylko leżące na śniegu,
zamarznięte ciało - w europejskim tkanym
ubraniu, zupełnie nie pasującym do panujących
warunków. Tak zmarł ostatni hodowca bydła i
owiec na Grenlandii, który nie chciał, lub nie
potrafił, porzucić trybu życia nie
przystającego do zmieniających się warunków
klimatycznych. Odtąd na wyspie pozostali już
tylko Eskimosi - koczownicy, ubierający się w
ciepłe skóry zwierzęce, obeznani z północną
przyrodą i mroźnym klimatem - którzy przybyli
na wyspę na długo przed Normanami.
Pojęcie
"mała epoka lodowa" jest stosunkowo
nowe. Powstało, kiedy zorientowano się, że
jeszcze na początku XIX wieku, a przede
wszystkim w ciągu poprzednich 300 lat, klimat
był znacznie chłodniejszy, lodowce górskie
znacznie dłuższe, a takie zjawiska, jak
zamarzanie rzek, wiosenne i jesienne przymrozki
czy nawet zamarzanie całych mórz (zwłaszcza
Bałtyku) - znacznie częstsze niż obecnie.
Jednocześnie zdano sobie sprawę, jak istotny
wpływ miały te wahania pogodowe na losy
człowieka. Mała epoka lodowa trwała od końca
małego optimum klimatycznego aż do początków
XIX wieku (choć ze stuletnią ciepłą przerwą
- też bardzo ważną w historii Europy). Surowe
zimy i znaczne perturbacje upraw rolnych
wystąpiły w Europie w XIV i XV wieku. Był to
zarazem okres ogólnego upadku gospodarczego na
wielu obszarach Europy i Azji, czas wielkich
epidemii, masowych rewolt i zamieszek. W tym
tragedii Czarnej Śmierci - epidemii dżumy,
która w latach 1348-1350 pochłonęła miliony
ofiar, ponad 1/3 populacji starego kontynentu.
Czy zmiana średniej temperatury o 0,5-1°C może
istotnie mieć tak dramatyczne konsekwencje?
Wszystko wskazuje na to, że tak. Zresztą
średnia jest tu wartością bardzo mylącą,
gdyż jeden szczególnie mroźny dzień w okresie
wzrostu roślin lub nieco tylko chłodniejsze
lato mogą wyrządzić więcej szkód niż nawet
najmroźniejsza zima. Od średniej temperatury
rocznej dla wegetacji roślin uprawnych
ważniejsza jest stabilność klimatyczna, tj.
niewielka częstość gwałtownych zmian pogody.
Zimy w tym czasie
były niezmiernie surowe. Zdarzały się lata,
że Bałtyk był cały skuty lodem - od Polski do
Szwecji; zachowało się wiele opisów wypraw na
saniach z Gdańska do Sztokholmu. Regularnie
zamarzała Tamiza, co dziś wydaje się
niewiarygodne. Zdarzały się też katastrofalne
okresy głodu - zwłaszcza w krajach
północnych. Koniec średniowiecza sprawiał
wrażenie przygnębiające. Jeszcze w 1460 roku
cały Bałtyk znajdował się pod lodem i aż do
końca marca przejść można było suchą stopą
na jego drugi brzeg. Ale był to ostatni tak
mroźny rok. Tamiza przestała zamarzać nawet
wcześniej - po raz ostatni w 1434 roku. Potem
przyszło ocieplenie, a z nim rozkwit Renesansu.
Trwało to niemal równo 100 lat, potem mrozy
wróciły na kolejnych 250 lat. W roku 1546
południowy Bałtyk zamarzł ponownie. W roku
1540 pod lodem znalazła się Tamiza. Tym razem
uderzenie mrozów było może jeszcze silniejsze.
W Alpach lodowce górskie zaczęły schodzić
daleko w dół. W Szwecji w niektórych latach
uprawy w ogóle przestały dawać plony;
szczególnie pamiętne są lata 1596-1603,
1649-1652, 1675-1677 i 1695-1697. Zapiski
kronikarskie z tamtych czasów przynoszą nieraz
wstrząsające opowieści o dużych połaciach
kraju odciętych przez całe miesiące od reszty
świata i o ludziach borykających się z
dojmującym głodem i zimnem.
Ekspansja Szwecji
na południe, do krajów zasobniejszych w
żywność, jaka miała w tym czasie miejsce (i
którą odczuliśmy na własnej skórze),
pozostawała zapewne w jakimś związku ze
zmianą klimatu. Południe Europy także nie
było bezpieczne. Klęska głodu dotknęła
Sycylię w 1591, Francję zaś w 1587 roku. W
latach 1590-1600 całą śródziemnomorską
Europą i imperium otomańskim wstrząsały
wybuchające na tym tle rewolty. Nienotowane
mrozy wystąpiły też w Niderlandach - znalazło
to wyraz we wspaniałej sztuce holenderskiej tego
okresu. Przedstawiane przez nią sceny zimowe,
dziś trudne do wyobrażenia, stały się nawet
jednym z głównych motywów malarstwa
pejzażowego. Jeden z wielkich malarzy tego
czasu, nieznany z nazwiska, otrzymał nawet
przydomek "mistrza zimowych
krajobrazów" - tak często śnieżne
pejzaże gościły na jego płótnach. Podobne
zmiany zanotowano też na Dalekim Wschodzie,
gdzie prowadzone skrupulatnie kroniki pozwalają
dobrze uchwycić tendencje klimatyczne. W Tokio
na przykład najzimniejsze okresy przypadały na
lata 1450-1500 oraz około 1600-1700, kiedy to
temperatura zimowa była o 0,5°C niższa od
średniej ostatnich 100 lat. Niemal dokładnie w
tych samych okresach szczególnie surowe zimy
zanotowano w Chinach, choć najmroźniejsza
dekada przypadła tam na lata 1711-1720.
Pierwsze
bezpośrednie i wiarygodne dane dotyczące
temperatury i jej zmian pojawiają się jednak
dopiero po roku 1760, kiedy to zaczęto używać
w tym celu termometrów i powołano instytucje
zajmujące się rejestrowaniem zjawisk
pogodowych. Początkowo nie było ich wiele, ale
i tak możemy dzięki nim prześledzić
dokładny, dokonywany rok po roku, zapis zmian w
ciągu ostatnich 200 lat. Co ważniejsze, możemy
porównać dane uzyskane za pomocą instrumentów
pomiarowych z różnymi metodami pośredniego
odczytu temperatury, które stosowane są dla
okresów wcześniejszych. Porównanie takie
wykazuje, że i pośrednie metody badań
temperatury - takie jak analiza pyłkowa, badania
izotopów tlenu z lodowców, analiza dokumentów
pisanych (np. kronik handlowych czy
administracyjnych), badanie grubości słojów
przyrostowych drzew, czy wreszcie wspomniana już
analiza przedstawień elementów pogodowych w
malarstwie (podobna skądinąd do analizy rytów
i malowideł naskalnych z czasów
prehistorycznych) - dostarczają niezłych i w
miarę precyzyjnych danych, umożliwiających
rekonstrukcję warunków klimatycznych. Obraz,
jaki się stąd wyłania, przynajmniej w
przypadku nowożytnej Europy, jest w swoich
zarysach spójny i wskazuje niedwuznacznie na
paralelizm zmian cywilizacyjnych i klimatycznych
na tych obszarach.
Okresy cieplejsze
towarzyszyły nieodmiennie sukcesom gospodarczym
i ekspansji terytorialnej, okresy chłodniejsze -
gospodarczemu, cywilizacyjnemu i kulturowemu
regresowi. A obecny ciepły okres, który
zaczął się około roku 1850 i trwa do dziś,
towarzyszy największym osiągnięciom
cywilizacjnym ludzkości od czasu, kiedy
człowiek pojawił się na Ziemi. Ostatnie lata
przyniosły rekordowe upały na całym świecie i
przejdą do historii jako najcieplejsze od wielu
stuleci, być może nawet od końca ostatniej
epoki lodowej. Ale i cała dekada lat
osiemdziesiątych była pod tym względem
rekordowa. Jak pisze John Gribbin w książce
Hothouse Earth: "od czasu rozpoczęcia
wiarygodnych pomiarów temperatury przed 100 laty
sześć najcieplejszych lat odnotowaliśmy w
ciągu ostatniej dekady - były to, w
kolejności, lata 1988, 1987, 1983, 1981, 1980 i
1976. Globalne temperatury wzrosły o około
0,5°C od początku bieżącego stulecia".1
Zdanie to, wyjęte z Raportu Badań Klimatycznych
Uniwersytetu Wschodniej Anglii, zapisano w roku
1989, czyli przed rekordowymi upałami ostatnich
paru lat. Wzrost temperatury będzie jeszcze
większy, nawet o 1°C, jeśli uwzględnimy okres
od roku 1850, kiedy to rozpoczęło się powolne
ocieplanie klimatu. Świat, w którm żyjemy,
jest niewątpliwie cieplejszy od znanego nam z
przekazów historycznych. Jeden stopień może
nie robi wrażenia, pamiętajmy jednak, co to
oznacza: każdy dzień roku 1990 był średnio o
jeden stopień cieplejszy niż przed ponad stu
laty.
Nie wiemy, czy
człowiek ma swój udział w tych zmianach. Być
może są to naturalne fluktuacje, podobne do
tych, jakie miały miejsce w przeszłości. Ale
fakt, że przypadają one na czasy
bezprecedensowych przekształceń środowiska na
całym świecie, jest być może znaczący. Od
czasu, gdy Jim Hansen z NASA, niekwestionowany
autorytet w dziedzinie zmian klimatycznych,
powiedział w dramatycznym przemówieniu przed
Kongresem Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie,
że "możemy stwierdzić z 99-procentowym
prawdopodobieństwem, iż obecne ocieplenie
rzeczywiście wykazuje trend wznoszący, nie jest
więc przypadkową fluktuacją", ludzie
odpowiedzialni za politykę zupełnie inaczej
słuchają codziennych komunikatów
meteorologicznych i prognoz pogody. I gotowi są
wyciągać z nich często wielce kosztowne
wnioski. Nie wszyscy jednak się z tym godzą.
Zjawisko "efektu szklarni", o którym
tak wiele się ostatnio mówi, jest bardzo
złożone i nie ma wciąż jednoznacznych
dowodów, że wywołane zostało przez
działalność człowieka. Z drugiej strony
byłoby doprawdy dziwne, gdyby tak radykalne
przeobrażenia, jakim podlega cała planeta, nie
miały w ogóle wpływu na funkcjonowanie
ziemskiego klimatu. Z czasów historycznych znamy
zbyt wiele przykładów, gdy stosunkowo lokalne i
niewielkie zmiany środowiskowe miały
nieodwracalne i dramatyczne konsekwencje dla
całych regionów. Nie budzi już raczej
wątpliwości na przykład, że załamania
cywilizacji Majów czy Mohendżo-Daro były
spowodowane naruszeniem równowagi
"ekologicznej" na zajmowanych przez nie
obszarach. Dziś, gdy zmiany są nieporównanie
większe i szybsze i gdy wywierają wpływ na
całą planetę, musimy po prostu liczyć się z
globalnymi konsekwencjami. Efekt szklarni byłby
tylko jedną z nich.

|
|
|